piątek, 24 listopada 2017

#38. HOLA, MENORCA! LOS DELFINES, OKOLICA.



Hola!
            Zapraszam dziś na drugą część zdjęć z Minorki – tym razem z miasteczka, w którym mieścił się nasz hotel – Los Delfines. Wiecie, że jego nazwa nawiązuje do „pomnika” z delfinem, który znajduje się na głównym rondzie miasteczka?



            Samo w sobie Los Delfines jest malutkie. Przeszliśmy je całe (razem ze zdjęciami, chodzeniem po sklepikach i powrotem) w około dwie godziny. Generalnie, kilkakrotnie robiliśmy sobie spacery po okolicy i do hotelu wracaliśmy na kolację.
            Po Los Delfines widać dwie rzeczy: po pierwsze, że przełom września i października to już praktycznie koniec sezonu – wiele sklepów było już po prostu zamkniętych, a po drugie: popularność Minorki faktycznie nie jest jakaś spora, zważywszy na ilość opuszczonych budynków. Dla nas bomba, bo przecież właśnie takiego miejsca szukaliśmy – spokojnego i pięknego.





            Nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że w dużej mierze Minorka jest nastawiona na Brytyjczyków – w całym miasteczku widzieliśmy kilka „british” knajp lub takich, które reklamowały brytyjskie jedzenie. Nawet w naszym hotelu codziennie na śniadanie był bekon, fasolka i kiełbaski – typowe, brytyjskie jedzenie. Nie przeszkadzało nam to jednak, bo i tak nie planowaliśmy jeść na mieście – posiłki w hotelu wystarczały nam aż zanadto (o tym kiedy indziej). 




Warto wspomnieć o bramach i ogrodzeniach z drzewa oliwkowego – nie wyglądają, a są niesamowicie wytrzymałe. Podobno istnieje specjalna firma, która zajmuje się ich wytwarzaniem i wysyłaniem w każde miejsce w Europie.



Roślinność na Minorce jest przepiękna!





Prawie w każdym sklepie z pamiątkami (a była ich zdecydowana większość!) można kupić różne, kolorowe literki na płytkach. Prawie wszystkie domki, wille i hotele właśnie z nich stworzyły swoje nazwy i adresy.



Miasteczko, mimo, że niewielkie było bardzo urodziwe. Już pierwszego dnia znaleźliśmy obłędne klify, z których był niesamowity widok na zachód słońca. Spędziliśmy na nich naprawdę dużo czasu, nie doczekaliśmy jednak całkowitego ściemnienia, gdyż droga na klify była minimalnie niebezpieczna i bardzo nierówna – lepiej nie wchodzić na nie (bądź schodzić) po zmroku.;)




Początek przejścia do klifów.





Minorka ma generalnie dość sporo plaż (więcej niż Majorka!). Często mieszczą się one w urodziwych zatoczkach i są niewielkie – jak chociażby te przy hotelu, ale nie można powiedzieć, że nie są urocze. Choć, prawde powiedziawszy, po tych wakacjach stałam się wielką fanką klifów i to właśnie na nich się rozkładaliśmy, opalaliśmy i wchodziliśmy do wody. W naszej okolicy plaż było kilka, ale skorzystaliśmy z nich tak naprawdę raz – klify górą!




To już zdjęcia z klifów koło naszego hotelu:





W wielu sklepach z pamiątkami można było kupić akcesoria bądź zabawki z jaszczurkami. Nam udało spotkać się jedną na żywo :-) Kolorowa, prawda?





poniedziałek, 20 listopada 2017

#37. HOLA, MENORCA! PODRÓŻ I NAJBLIŻSZA OKOLICA.




W tym roku po raz pierwszy udało nam się z Pawłem polecieć na wakacje. Na prawdziwe wakacje, takie bez trosk, zamartwiania się, full wypas, z all inclusive i spaniem w hotelu. Wakacjach zaplanowanych, wykupionych w biurze podróży TUI. Za cel, po długich pertraktacjach, resarch’u i dopytywaniach obraliśmy sobie Minorkę (nazywaną młodszą siostrą Majorki). W wyborze pomógł nam fakt, że Minorka nie jest jeszcze tak popularnym miejscem, dodatkowo dość szybko została wpisana na listę światotego dziedzictwa UNESCO, dzięki czemu w niewielkiej części jest zabudowana. Wybierając się na pierwsze prawdziwe wakacje pragnęliśmy, by miejsce, do którego się udamy obfitowało w bajeczne widoki oraz było spokojne – nie jesteśmy typami imprezowiczów, zamiast szlajania się po dyskotekach preferujemy leniwe wylegiwanie się do słoneczka, spacery i zwiedzanie. I jedyne, czego po wyjeździe żałowaliśmy, to tego, że trwał on tak krótko!
Zapraszam Was na relację z naszego pobytu. Ze względu na dużą liczbę zdjęć postanowiłam podzielić ją na kilka części. Dziś zaczniemy od podróży (mieszkamy w Krakowie, wylatywaliśmy z Warszawy) oraz pierwszych chwil już na miejscu.
Naszym miejscem docelowym było Calan’n Forcat. Wylecieliśmy 28 września, wróciliśmy 5 października.
Zapraszam do oglądania :)


























 Wylądowaliśmy! Wszystko pięknie, planowo, zmiana pogody od razu zaczęła być odczuwalna.




Pierwsze zdjęcie zrobione na miejscu – przepiękny widok z okna.:)
No i dalej, Hotel oraz najbliższa okolica.





No i nasza obłędnie piękna zatoczka.











Na dziś to tyle. Zapraszam niebawem, po więcej zdjęć i osobistych przemyśleń.