środa, 24 lutego 2016

#16. KWIATY KWITNĄCEJ WIŚNI W ŻELU POD PRYSZNIC.

Cześć!
Na przekór pogodzie, która ostatnio nieco zwariowała (deszcz, zawierucha, śnieg, słońce i temperatura na plusie z lodowatym wiatrem) dziś publikuję recenzję z iście wiosennymi akcentami. Zapraszam do zapoznania się z moją opinią na temat amerykańskiego żelu pod prysznic, którzy rzekomo miał pachnieć jak kwiaty kwitnącej wiśni wprost z Japonii. Czy tak było? Przekonajcie się sami.


Japanese cherry blossom – żel pod prysznic o zapachu kwiatów japońskiej wiśni.


Opakowanie – u mnie na duży plus, zwłaszcza, jeśli chodzi o etykietkę – kocham motywy sakury i ogólnie, wszystkiego, co Japońskie. Fajnie, że buteleczka jest przeźroczysta – raz, że nadaje jej to elegancji, dwa – widzimy ile żelu jeszcze nam zostało. Trochę ciężko chodziło otwarcie, w sensie, mocno trzeba było nacisnąć, żeby pojawiła się dziurka oraz troszkę namęczyć z wyciśnięciem, ale nie było to jakoś szczególnie uciążliwe.


Konsystencja – w sam raz, lekko oleista, nie za rzadka, idealna do nakładania na gąbkę czy dłoń.


Zapach – no i tu żel poległ na całej linii. Mimo pięknego opakowania, mojego ulubionego motywu i jednego z lubianych zapachów… no, on po prostu śmierdział. Śmierdział chemią, sztucznością i starymi perfumami. Uch, koszmar. To właśnie ze względu na zapach moim zdaniem zasłużył on na opinię bubla kosmetycznego – no bo jak można się myć w czymś, co śmierdzi tanią chemią?


Podsumowanie – jestem osobą, która dużą wagę przykuwa do szczegółów: opakowań, szaty graficznej, nawet kształtu buteleczek. Gdyby żel pachniał choć trochę tak, jak powinien, z pewnością moja miłość do niego trwała by dłużej, niż od dorwania go do pierwszej kąpieli. W każdym bądź razie, wykorzystywałam go do końca, choć robiłam to niechętnie, przez co trwało to długo. Nie wiem, może liczyłam na to, że się przyzwyczaję? Zmienię zdanie? No cóż, jeśli tak, to nie zmieniłam. Trochę żałuję, że nie zostawiłam go jako takiego japońskiego akcentu, który zdobiłby moją łazienkę. Choć z drugiej strony, chyba z każdym spojrzeniem w jego stronę przypominałabym sobie o tym fetorze, więc może to i dobrze, że już go nie mam? Przynajmniej fajnie, bo wiosennie, wygląda na zdjęciach. Napawam się tym widokiem, bo niestety – zapachem nie bardzo mogłam.

czwartek, 11 lutego 2016

#15. O TYM, JAK NIE POLUBIŁAM SIĘ Z ESSIE.

Dzieńdobrywieczór wszystkim!
Dziś przychodzę z kolejną recenzją lakieru do paznokci – tym razem naszym bohaterem będzie essie o wdzięcznym odcieniu „big spender” (nr 288). Od razu dodam, że zakupiony został on w USA.



·         KOLOR I APLIKACJA
Lakier ma ładny, fioletowo-bordowy (o tyle, o ile) kolor. Aby ładnie pokryć płytkę paznokcia potrzebujemy dwóch warstw – wtedy krycie jest zadowalające. Aplikacja nie należy do najtrudniejszych, chociaż ja osobiście wolę zupełnie inne pędzelki – ten w essie jest malutki, drobniutki. Trzeba uważać, bo sam lakier jest trochę wodnisty, ale poza tym – nie mam żadnych zastrzeżeń.


·         TRWAŁOŚĆ
„Big spender" nie jest moim pierwszym lakierem essie. W swojej kolekcji mam trzy różne kolory, ponadto testowałam też trzy-cztery kolejne, które należą do mojej siostry. Z ręką na sercu muszę powiedzieć, że jakościowo essie to tragedia. W tym przypadku pierwsze odpryski pojawiły się już następnego dnia, przed południem. Nie, nie myłam naczyń, nie szorowałam fug – nie robiłam nic, co mogłoby paznokciom zaszkodzić. Na ostatnią, suchą warstwę lakieru nakładam top, który nie daje rady z lakierami essie. Nie wiem, czy to mnie trafiają się takie wadliwe sztuki, czy firma jedzie tylko i wyłącznie na opinii – kiedy czytałam recenzję na wizażu naprawdę zastanawiałam się, co w moim przypadku jest nie tak, gdyż dużo jest bardzo pozytywnych. Ja z essie, właśnie ze względu na trwałość (a właściwie jej totalny brak) nie polubiłam się ani trochę. Pominę fakt, że lakiery do najtańszych nie należą.


Dodam jeszcze, że jak tylko pojawiły się odpryski, to zmywałam lakier z płytki i wszystkie warstwy nakładałam od nowa. Zawsze czekam, aż lakier wyschnie, czasami pomagam sobie lodowatą wodą, O wiele lepiej trzymają mi się lakiery Golden Rose, które kosztują kilkakrotnie mniej.


W swojej kolekcji mam jeszcze „Geranium” (czerwień nr 536), „For the twill of it” (nie podam numeru, bo zerwałam naklejkę) oraz „Madison ave-hue” (błyszczący róż w stylu Barbie, nr 218). Na paznokciach miałam jeszcze jasny, zimny błękit i brzoskwinię (reszty nie pamiętam). Poza tym błękitem – lakiery utrzymywały się do 3 dni (z mniejszymi bądź większymi odpryskami).

Niestety, to właśnie ostatni aspekt przeważył szalę – nigdy więcej essie. Być może, te dostępne w Polsce są lepsze, jednak patrząc na to, co zostało na moich paznokciach oraz na sklepowe ceny (ponad 30 zł) nie mam najmniejszej ochoty się o tym przekonać. Moje buteleczki z lakierami essie trafiły do szuflady „oddać/sprzedać”, natomiast zakupu kolejnych – nie planuję.


/wybaczcie SPAM, ale nie mam jak inaczej tego zrobić - Brzo, jeśli to czytasz, proszę, odezwij się/.