piątek, 25 grudnia 2015

#13. ZA CO KOCHAM ŚWIĘTA?


Hoł, hoł, hoł! Witam Was serdecznie w ten po-świąteczny, acz niezbyt zimowy dzień. Mam nadzieję, że mimo pogody daliście się ponieść magii oraz urokowi ostatnich dni.
Jeśli o mnie chodzi, to tegoroczne święta po raz pierwszy w życiu spędziłam poza domem – w Łodzi, w której wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej niż  u mnie.


Dziś jednak chcę skupić się na tym, co najbardziej kocham w świętach. Nie zważając na nerwy, które towarzyszą przygotowaniom czy tłumom w sklepach (rok temu pracowałam w najbardziej obleganej galerii w Krakowie, więc wiem o czym mówię) – kocham ten pełen magii okres, gdy miasto zostaje przyozdobione pięknymi dekoracjami i lampkami, w radiu lecą świąteczne hity z „Last Christmas” na czele a wszystko dookoła (w teorii) opatula nieskazitelnie biały puch.


Uwielbiam Wigilię i Boże Narodzenie, ponieważ w te dwa wieczory w końcu się nie spieszymy. Gdy kończymy dopinać na ostatni guzik wszystkie przygotowania, ostatni raz mieszamy zupę i nastawiamy karpia w końcu następuje czas na złapanie oddechu, zwalniamy tempo i celebrujemy wspólnie spędzony czas.


Od zawsze kochałam święta. Jestem tradycjonalistką, osobą, dla której rodzina jest bardzo ważna, nic więc dziwnego, że jest to dla mnie takie ważne.
Uwielbiam babciny barszcz biały robiony na grzybkach, które sami zbieramy. Czy kapustę z czerwoną fasolką. Moment obdarowywania się prezentami, czy nawet samo ich kupno – jest to dla mnie coś niesamowitego.


Od kilku lat mamy tradycje, że po posiłku oraz rozpakowaniu prezentów fotografujemy się przy choince – najpierw razem, potem z poszczególnymi osobami. Wieczorem odwiedza nas „przyszywana” rodzina – przyjaciele, z którymi również robimy zdjęcia. Mam ich całe foldery – dzięki nim doskonale widać, jak się zmieniamy, kto w kolejnym roku dołącza do wspólnego świętowania, a kogo, chociażby ze względu na wyjazd, brakuje.


Takie zdjęcia zawsze wywołuję i chowam w albumie. Zaklęta w nich jest magia tych chwil.

Wiem, że wiele osób twierdzi, iż święta to wyścig szczurów na to, kto ulepi więcej pierogów czy kupi droższe prezenty. No cóż, jeśli tak ktoś traktuje ten okres, to szczerze mu współczuje. W dobie materializmu i popędu do posiadania zatracamy to, co najpiękniejsze – czas spędzony razem. Cieszę się, że mnie i moją rodzinę ten kryzys omija, choć teraźniejsze święta już w jakiś sposób różnią się od tych sprzed kilku lat. Jednak, nie uważam, że te zmiany są złe. Pomimo chęci bycia „nowoczesnym”, mam nadzieję, że wraz z rodziną zawsze będziemy mieli czas na to, by w Wigilijny i Bożonarodzeniowy wieczór usiąść przy stole, złamać się opłatkiem i obdarować radością. Wiem również, że ja na pewno będę kontynuować nasze tradycje, bo po prostu je kocham i uważam, że to coś, co spaja naszą rodzinę.


Pamiętajcie, prawdziwe święta to czas magiczny, czas cudów, czas bycia razem. Nie pozwólmy, by popęd za pracą czy pieniądzem nam go popsuły.

Wesołych Świąt!

wtorek, 8 grudnia 2015

#12. DLACZEGO WARTO MIEĆ KOTA?



Cześć i czołem!
Dziś post z mojej ulubionej, kociej kategorii. Będzie on pierwszym – mam nadzieję, że się Wam spodoba. Równocześnie, już na wstępie, chcę zaznaczyć, iż nie jest on tylko mojego autorstwa – swego czasu, na grupie Koty - nasza pasja. Kochamy,dbamy, bronimy, (do której serdecznie zapraszam wszystkich – zarówno miłośników kotowatych, jak i osoby, które pragną dowiedzieć się czegoś ciekawego) również spytałam, dlaczego warto mieć kota. Chciałabym, aby te kocie tematy nie były tylko moje ale również chociaż troszeczkę osób, które mają naprawdę olbrzymią wiedzę na ich temat.
Acha. Od razu zaznaczam. Kocham wszystkie zwierzęta. WSZYSTKIE. Ale jestem kociarą. Nie psiarą. Nie chomikarą. Nie miłośniczką do nieskończoności innych zwierząt. Tak więc post ten będzie dotyczył TYLKO I WYŁĄCZNIE kotów.
Na fotografiach oczywiście moje kotowate.





Dlaczego warto mieć kota (jakby kogoś w ogóle trzeba było przekonywać…;)):
1.      Koty uczą pokory. Nie przybiegają na każde zawołanie (no chyba, że potrząśniemy puszką :-D), nie zawsze mają ochotę na smyranko i tulenie. Potrafią dość ostentacyjnie pokazywać, że coś im nie pasuje. Na ich zainteresowanie oraz uznanie trzeba zasłużyć, nie ma tu żadnej, bezgranicznej miłości ot tak. Na nią trzeba zapracować. Tutaj zacytuję jeszcze coś, co bardzo mi się spodobało: „Kot najpiękniej na świecie gardzi”.



2.      Są idealnym towarzyszem dla osób samotnych, domatorów.



3.      Są dużo ciekawsze i mniej przewidywalne niż telewizja. Naprawdę. Ja osobiście mam w domu Spider Mana, który chodzi po ścianach. Pionowo. To lepsze niż jakikolwiek serial czy komedia!



4.      Zawsze ktoś czeka na nas w domu.



5.      Jeśli już wkradniemy się w łaski kota… Nikt nie kocha tak mocno i bezinteresownie. A dotyk mokrego nosa czy miękusiego, wibrującego futerka jest najcudowniejszą rzeczą na świecie… Oj tak, my, kobiety, potrzebujemy miłości i dużo czułości…



6.      Koty uwrażliwiają. Uczą odpowiedzialności. Dzięki ich obecności w domu dzieci stają się bardziej uczuciowe.



7.      Koty to najlepsze na świecie budziki – zawsze budzą chwilę przed tymi właściwymi. Nic tak nie postawi na nogi jak skok z szafki na klatkę piersiową pięciokilogramowego klocka, który na dokładkę liże nas po twarzy lub gryzie po czole (jak mój Filu!).



8.      Koty to pomocnicy domu. Każdy jest utalentowanym piłkarzem, ogrodnikiem, sprzątaczką, która w szczególności uwielbia robić porządek na półkach, smakoszem… Po prostu: niezawodną pomocą w codziennych czynnościach – także wtedy, kiedy koniecznie chcesz zrobić remont, bo nie podoba Ci się tapeta. Albo wazon od teściowej jest ni w pysk ni w mordę.



9.      Koty to najlepsze termoferki i wibrujące poduszki forever! =^ᴥ^=



10.  I najważniejsze… Koty potrafią rozcapierzać paluszki! A dodatkowo, wyglądają one jak małe, słodkie fasolki! OWWWWWWWWWW ♥




Jeśli ktoś nie zauważył - post napisany jest trochę w tonie żartobliwym – ale z odrobiną powagi. Jako wieloletnia, zapalona kociara uważam, że jeśli ktoś choć raz miał do czynienia z kotami to nie trzeba go długo namawiać na adopcję jednego. A najlepiej dwóch. Ale chcę, aby to było jasne – każda adopcja, poza biliardem radości niesie za sobą również olbrzymią odpowiedzialność za drugą istotę. Pamiętajmy, że to nie może być tylko zachcianka, a przemyślane postępowanie. Nie mamy pewności, że kot przez nas wybrany będzie uwielbiał pieszczoty, albo gonić za piłką. Ile kotów, tyle charakterów, dlatego zanim zdecydujecie się na adopcje, poważnie to przemyślcie. Liczba bezdomnych zwierząt i bez nieodpowiedzialnych decyzji jest olbrzymia.


DIABEŁEK PROSI!
NIE KUPUJ - ADOPTUJ!
NIE ROZMNAŻAJ - KASTRUJ!

sobota, 21 listopada 2015

#11. ORLY?! RECENZJA DARKEST SHADOW ORAZ HIGHLIGHT.





Dobry wieczór!
Przychodzę dziś do Was z krótką acz treściwą recenzją dwóch lakierów ORLY.
Mowa o odcieniu highlight oraz darkest shadow. Już na początku zaznaczam, że nie miałam do czynienia z pełnowymiarowym produktem, tylko Smoky mini kit, w którym znajdziemy cztery kolorki, a pojemność każdego z nich wynosi 5.3 ml.


Kolor
Jeśli chodzi o wcześniej wspomniane odcienie: highlight i darknes shadow, to mam mieszane odczucia. Jak zobaczycie na zdjęciu, drugi z nich powinien mieć dużo bordowo-złotych drobinek. Niestety, na paznokciu prawie w ogóle tego nie widać – nawet w świetle słonecznym. Kolor jest ciemny z lekkim przebłyskiem bordowo-purpurowej czerwieni. Gdy pierwszy raz zobaczyłam buteleczkę, zakochałam się w kolorze – wydawał mi się wręcz idealny na jesień, niestety, po aplikacji byłam trochę zawiedziona. Owszem, podoba mi się nadal, jednak z zupełnie innej strony niż myślałam. Highlight na pierwszy rzut oka wydaje się odcieniem szarym z cieplejszymi tonami. Na paznokciu prezentuje się różnie – raz wydaje się, że ma w sobie odrobinę zielonego pigmentu, innym z kolei, iż różowego. Myślę, że zależy to od światła.
Na oba lakiery nałożyłam top coat z Sally Hansen. Mimo, iż wcześniej byłam z niego zadowolona, z ORLY efekt nie był taki, jaki moim zdaniem być powinien. Kolory wyglądały na zgaszone, nie błyszczały się tak, jak np. z Colour Alike (mam piękny, granatowy holo, który zaraz po wyschnięciu robi się matowy i nieładny. Gdy nakładam na niego jedną warstwę top coatu staje się taki, jak w trakcie malowania – błyszczący, świeży – tutaj brakuje tego efektu). Dodam, iż zdecydowałam się na top, ponieważ po wyschnięciu lakierom brakowało tego świeżego, eleganckiego blasku. Być może, gdybym miała top innej firmy wyglądałoby to lepiej.


Trwałość
Trwałość oceniam na czwórkę z minusem. Paznokcie pomalowałam w sobotę, już w poniedziałek na jednym z nich (widać na zdjęciach) lakier troszkę mi zszedł. Wczoraj nie wytrzymałam i zdrapałam lakier w całości, gdyż zaczął już nieładnie odchodzić. Pierwsze, już po dwóch-trzech dniach, zdarły się końce.
Nakładanie
No cóż. Z pełną świadomością stwierdzam, że produktu mini nie są dla mnie. Jestem fanką dużych, grubszych pędzelków. Te z ORLY były przede wszystkim krótkie i cienkie. Z tym pierwszym miałam najwięcej problemów – w moim odczuciu pędzelek naprawdę był za krótki (może nie samo włosie, ale całość). Jeśli chodzi o ilość warstw – na osiem paznokci, tylko na trzech musiałam nakładać drugą warstwę darkest shadow, myślę jednak, że gdyby nie mój brak wprawy, obyłoby się i bez tego. Lakier kryje bardzo dobrze. Highlight natomiast potrzebuje dwóch warstw.


Podsumowanie
Szczerze powiedziawszy, gdybym miała wydać za Smoky mini kit ok. 13 $ (cena z amazon.com) to wolałabym kupić sobie kilka(naście) lakierów z Golden Rose. Nie są złe, ale za tą cenę spodziewałabym się jednak czegoś więcej… Najwięcej mam do zarzucenia kolorowi darkest shadow – naprawdę mnie rozczarował, jeśli chodzi o kolor na paznokciu.






piątek, 6 listopada 2015

#10. O KRÓLOWEJ JESIENI - DYNIA.

Dzień dobry!
Witam Was serdecznie w ten chłodny jesienny wieczór zasmarkana i kaszląca bez przerwy. Od zeszłego tygodnia mam problemy z krtanią, zatokami oraz gardłem. W Krakowie, choć za dnia pięknie i słonecznie, tak w godzinach późno popołudniowych robi się niemal groźnie – mgła, która się pojawia jest tak gęsta, że czasami widoczność jest naprawdę koszmarna. Pisząc mgła – mam oczywiście na myśli nasz cudowny, krakowski smog, którego dopuszczalne normy przekraczane są nawet kilkaset razy, przez co, jak mniemam, moja krtań odmawia mi posłuszeństwa. W każdym bądź razie, od wtorkowego wieczora, pomijając jeden epizod, nie wychodzę z łóżka. No ale, nie o tym chciałam Wam pisać.



Dziś, z okazji tego, że trwa jesień, pragnę przybliżyć Wam niekwestionowaną królową tejże pory roku – dynię. Czy wiecie, że służy ona nie tylko do robienia lampionów?

1.   Dynia dla urody
Wiecie, że dynia ma wiele zastosować w sferze beauty? Można z niej robić peelingi, maseczki, płukanki do włosów. Ma w sobie dużo enzymów oraz kwasów przyspieszających regenerację komórek oraz mających właściwości rozjaśniające i wygładzające skórę. Jest źródłem witaminy A, E oraz C, jej pestki zawierają cynk i kwasy tłuszczowe. Olej z dyni nadaje się do włosów przetłuszczających się – znacząco ogranicza produkcję łoju.

Przykładowa rozjaśniająca maseczka z dyni:
½ szklanki puree z surowej dyni, ½ łyżeczki kurkumy, 1 łyżeczka miodu.
Wszystkie składniki mieszamy a następnie cienką warstwą nakładamy na twarz i szyję. Po kilku minutach spłukujemy letnią wodą[1]


2.    Dynia dla zdrowia
Jak pisałam wcześniej, dynia posiada wiele witamin oraz minerałów niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Jest bogata w B-karoten, ma sporo potasu, wapnia, fosforu i witamin z grupy B a ponadto jest zupełnie pozbawiona sodu! Pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia, działa odkwaszająco i wzmacnia układ odpornościowy, pobudza trawienie i odkwasza jelita. Prawdziwą bombą i skarbnicą są jej pestki, które zawierają magnez, fosfor, cynk a także wyjątkową kombinację wielonasyconych kwasów tłuszczowych.

Przykładowy przepis na sok z dyni na wzmocnienie organizmu:
Dwie szklanki miąższu z dyni wymieszać ze szklanką mleka i dwoma łyżeczkami miodu, dodać kilka kropel cytryny. Najlepiej pić po śniadaniu.[2]


3.    Dynia w kuchni
Dynia jest pyszna a ponadto w 100 g ma tylko… 28 kalorii! Wraz z przyjściem jesieni restauracje, kawiarnie a nawet fast foody zasypują nas ofertami z dynią w roli głównej! Nikogo już nie dziwi burger z dynią (Bobby Burger) czy dyniowe latte. KFC w stałym repertuarze ma pyszną sałatkę z dynią. Można ją jeść na wiele, wiele sposobów – w babeczkach, plackach, sałatkach, do kanapek, jako przekąskę…  Przepisów znajdziecie mnóstwo. Ja planuję, jak tylko wydobrzeję, zrobić muffinki dyniowe. Mam nadzieję, że mi się udadzą! Ale aktualnie, moim ulubieńcem jest jednak zdecydowanie gęsta zupa – krem z dyni z dodatkiem grzanek.

Przepis na zupę – krem z dyni z grzankami (nie jest on wzięty stricte z jakiejś strony, czy książki, podawała mi go mama, dlatego nie robię odwołania):
Potrzebujemy: 1 niedużą, dojrzałą dynię, 1 marchewkę, 1 pietruszkę, czosnek, cebulkę, sól, pieprz, trochę pieczywa na grzanki.
Wykrawamy miąższ z dyni i blendujemy go na jednolitą masę. Na patelni podgrzewamy cebulkę, aby pięknie nam się zeszkliła. Przekładamy ją do garnuszka, dodajemy dynię. Kroimy pietruszkę oraz marchewkę. Dodajemy czosnku (uwielbiam czosnek!), solimy, pieprzymy wedle uznania. Następnie, podgrzewając, dolewamy wody, aż krem będzie miał odpowiednią dla nas konsystencję. Pieczywo kroimy w malutkie kawałeczki, podgrzewamy na patelni, aż ładnie się zarumieni i zrobi się chrupiące. Można dodać trochę czosnku. I tyle. Banalnie proste, prawda? A jak pyszne!

Krem z dyni to zdecydowanie mój jesienny faworyt. Do tego można go przyrządzać na wiele sposobów. Jest pyszny i przepięknie się prezentuje na stole – a do tego tak banalny do zrobienia, że nawet nie wliczam w to walorów zdrowotnych.
Dynia ma wiele zastosowań, dlatego warto przyjrzeć się jej bliżej oraz zaprzyjaźnić. Z pewnością wyjdzie nam to na dobre!




Tworząc post korzystałam z (znajdziesz tu również więcej przepisów):
https://hipokrates2012.wordpress.com/2013/07/06/dynia-dla-zdrowia-i-urody/

Zdjęcia pochodzą z: weheartit, pinterest.


[1] Źródło: http://kobieta.wp.pl/kat,26369,title,Dynia-dla-urody-przepisy-na-domowe-maski-i-peelingi,wid,17894588,wiadomosc.html?ticaid=115e51
[2] Źródło: http://www.naturaity.pl/artykul/311,krolowa-dynia-dla-urody.html

sobota, 26 września 2015

#9. PIĘĆ MOICH SPOSOBÓW NA JESIENNĄ CHANDRĘ.



Choć ostatnie dni rozpieszczały nas niemiłosiernie, jeśli chodzi o pogodę, tak dziś możemy już oficjalnie powiedzieć, że nadeszła jesień: wrzesień bezlitośnie wyssał ostatnie letnie soki lata z ziemi. Co więc możemy zrobić, by nie złapały nas typowe dla tego okresu melancholia, nijakość i poczucie beznadziei?
Dziś chciałam podzielić się z Wami moimi sprawdzonymi sposobami na jesienną chandrę. Będzie optymistycznie i kolorowo, na przekór pogodzie za oknem! Serdecznie zapraszam.


 1). Muzyka to najwspanialsza „rzecz” wymyślona przez człowieka. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale u mnie nadaje wszystkiemu sensu. W zależności od jej rodzaju wywołuje u mnie różne emocje: od radości, poczucia szczęścia i potrzeby wyszalenia się aż po zadumę, smutek i melancholię właśnie. Jednak, żadne z tych odczuć nie jest w mym przypadku pejoratywne – wszystkie w jakiś magiczny sposób wpływają na mnie pozytywnie. Naprawdę, kiedy czujecie, że łapiecie doła, załóżcie słuchawki i odpalcie ulubioną playlistę – byleby nie jakieś smutasy i mętne brzmienia. Osobiście polecam coś tego pokroju: [klik]. I jak, od razu chce się żyć, prawda?




2). Jesień sprzyja temu, by zająć się sobą. Dni stają się krótsze, więcej czasu spędzamy w domu, dlatego to wręcz idealny moment, by zwiększyć nasz egoizm i skupić się na sobie! Co polecam w szczególności? Po całym dniu w pracy, gdy wracamy zmęczeni i przemarznięci nic nie sprawdzi się lepiej, niż gorąca kąpiel z pianą, ulubionym olejkiem i pachnącymi kosmetykami: malinowym żelem pod prysznic, owocowym szamponem czy czekoladowym balsamem… Mniam!



3). Nie chce ci się nic? To postaraj się jeszcze bardziej. Wyzwanie „do wakacji na pewno schudnę!” czas zacząć! Jesień to ten czas, w którym warto wziąć się za siebie i dać sobie porządny wycisk. Ćwiczenia sprawiają, że stajesz się szczęśliwszy (wytwarzasz endorfiny!), jest to więc wspaniały sposób na walkę z jesienną chandrą. A przy okazji poprawisz swoją sylwetkę, wydolność no i kondycję. Na siłownię, marsz!

4). Uważam, że nie ma nic lepszego, niż obecność drugiej, kochającej nas ponad wszystko istoty. Nie ważne, czy to Wasza druga połówka czy wyjadający wszystko z garnków kot (przykład autentyczny, zapraszam na koniec posta). Jeśli przebywamy z kimś, kto nas kocha, akceptuje i tęskni, gdy jesteśmy nieobecni – spędzajmy z nim jak najwięcej czasu! To zupełnie jak ładowanie bateryjek poprzez przytulanie i samo obcowanie ze sobą. Serio. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak przyjemnie mi się teraz pisze, mimo, że pomiędzy mną, a laptopem leżą cztery mruczące koty!
.
5). Jeśli nie lubimy skupiać się na sobie (patrz: punkt 2), możemy postarać się pomóc komuś innemu. Wolontariuszy w Fundacjach, schroniskach czy Domach Dziecka nigdy nie jest wystarczająco dużo. Już sama nasza obecność może sprawić cuda: będziemy mieli poczucie, że robimy coś dobrego oraz pomożemy innej, niewinnej istocie. W końcu nie tylko my możemy gorzej znosić jesienną szarość i burość. Pomóżmy sobie, stając się równocześnie promyczkiem słońca dla kogoś. Dzięki temu zdobędziemy nowe doświadczenia, znajomości i będziemy mieli poczucie spełnionego obowiązku. A ponadto sprawimy komuś ogrom radości. Wyjdźmy na przeciw jesiennej chandrze i zmieńmy czyjeś życie na lepsze!





Mój idealny, jesienny wieczór?

Po pracy idę na siłownię, gdzie dwadzieścia minut spędzam na bieżni bądź orbitreku, a przez pozostały czas morduję się treningiem obwodowym. Wracam do domu, zjadam pyszny, rozgrzewający posiłek i wskakuję do ciepłej, pełnej pachnącej wody wanny. Po kąpieli w ukochanym, różowym szlafroku w chmurki zasiadam głęboko w fotelu z ulubioną książką, kotami na kolanach i ciepłym kakao w ręku i odpływam. Ewentualnie, przysiadam się do komputera i strzelam head shoty terrorystom.;) A w drodze do pracy, w trakcie porządków – muzyka! Obowiązkowo!


A jakie są wasze sposoby na walkę z jesienną chandrą?

PS: Przedstawiam backstage dzisiejszych fotografii. Na poprawę humoru w ten chłodny, szary dzień! Uśmiech proszę! 













 jestem fajna!



fot. bez logo: wehearit / pinterest / stylowi.

środa, 23 września 2015

#8.HELLO, AUTUMN!






Hello, autumn!






Dziś pierwszy dzień kalendarzowej jesieni. Choć poranki są chłodne, za dnia pogoda sprawia, że wciąż ciężko pożegnać się z latem. Słońce nadal świeci, lecz już nie tak mocno, upalnie, na niebie pojawia się coraz więcej szarych chmur. Uwielbiam ten proces – proces zmian. To ciepło, takie pomarańczowe, pachnące herbatą z cytryną, kąpielą z pianą, z grubymi skarpetami i ukochaną książką, którą czytamy w fotelu, otuleni grubym kocem. Podkoszulki i krótkie spodenki ustępują miejsca swetrom, kardiganom, klapki i sandały biorą urlop, w zamian wyjmujemy cieplejsze obuwie: kozaki, botki.
Znika zieleń, błękit i uczucie wszechobecnej beztroski. Pojawia się butelkowa zieleń, marsala, musztarda. To ten czas, kiedy brak nastroju możemy usprawiedliwić chandrą. Bo, przecież jesień.

Choć wielu osobom ten czas kojarzy się raczej negatywnie – zimno, mokro, szaro i buro, ja uważam, że ta pora roku jest niesamowita. W ciepłym, jesiennym słońcu zdjęcia wychodzą potulne, sympatyczne. Góry mienią się pięknymi barwami: złotem, czerwienią, brązem i żółcią. Zakładam ukochane rękawiczki, czapkę i szalik. Mam więcej czasu dla siebie, bo szybciej robi się ciemno. Równocześnie zaczynam maksymalnie wykorzystywać dzień.
Jesień to również czas zadumy, refleksji. Sprzyja wspomnieniom, napawa nas lekkim, melancholijnym nastrojem, niezrozumianą tęsknotą – niemal wszystko mówi nam, że oto przemija czas.

Lato, które minęło, było dla mnie jednym z najbardziej zakręconych i pozytywnych. Być może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale znalazłam pracę w zawodzie. Na początku były to bezpłatne praktyki, później płatny staż a od zeszłego poniedziałku normalnie płatna praca. Spełniam się jako dziennikarz-pisarz-felietonista-jak-zwał-tak-zwał. Może tematycznie nie jest to coś, co mnie  jakoś szczególnie kręci, ale sam fakt, że zarabiam na siebie pisząc, tworząc, napawa mnie szczęściem i sprawia, że po części czuję się spełniona. Do tego zespół, z którym pracuję, jest niesamowity! Jestem szczęśliwa.


Dostałam się na studia. Na filologię angielską. Zrezygnowałam, gdyż prawdopodobieństwo, że je skończę (licencjat) jest raczej niewielkie. Zrekrutowałam się za to na magisterkę. Dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Już teraz widzę, jak ten rok przerwy mnie rozleniwił, dlatego będzie trzeba wziąć się w garść.
Przez wypadki losowe z wyjazdu do Chorwacji musieliśmy zrezygnować. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, po prostu, jedna z najbliższych mi osób miała w tym czasie bardzo poważną operację. Nie mogłam inaczej. I nie żałuję. Wakacje nie uciekną.
W końcu ruszyłam wraz z przyjaciółką z portalem informacyjnym dotyczącym dzielnicy, w której się obie wychowałyśmy. Poza tym, założyłyśmy również naszą stronę z fotografiami. Mam nadzieję, iż wszystko nareszcie ruszy.
Plany życiowe znowu zmienione, choć teraz tak naprawdę wszystko zależy od bzdurnych instytucji. Ja jedynie mogę się postarać i liczyć na szczęście. Ot, co.

Zbieram kasztany. Obserwuję zmiany. Idę codziennie przez planty w słuchawkach na uszach i się uśmiecham. Jesień. Piękno dociera zewsząd. Zmiany. Ciągłe zmiany. Na lepsze.



Pozdrawiam Was cieplutko. Liczę na to, że tym razem zacznę pojawiać się tu częściej. Jest to jedno z moich jesiennych postanowień. Ale o tym kiedy indziej.

fotografie: weheartit / stylowi / tumblr / pinterest

niedziela, 31 maja 2015

#7. ZAPACH TROPIKÓW W CUDOWNYM KREMIE DO RĄK BALEA I PRZEGLĄD MAJOWY


Aloha!
Ostatnio jakieś słuchy mnie doszły, że podobno jestem leniwa! Nie wiem skąd w ogóle taki pomysł, że niby ja i lenistwo?! A tak na poważnie, to, no cóż, troszkę mam słomiany zapał, ale już staram się nadrobić – dzisiejszym postem oraz rozplanowaniem kilku kolejnych – mam nadzieję, że tym razem pójdzie mi lepiej.
No i jeszcze odnośnie mojej nieobecności, to mam kilka usprawiedliwień. A mianowicie:
o   Rozpoczęłam praktyki/staż w redakcji Magazynu Wesele;
o   Miałam urodziny, haha – przygotowania trwały tydzień, a w weekend wpadła cała rodzinka z Łodzi no i najbliżsi;
o   Od początku maja mam pod opieką wesołą ferajnę, o której dokładniej napiszę niebawem.
W związku z powyższym mam nadzieję, iż dostanę rozgrzeszenie i moje lenistwo zostanie mi wybaczone.
A ponieważ bardzo się rozpisałam, przejdźmy teraz do meritum postu. A właściwie do jednego z nich.
Dziś zapraszam Was na recenzję bajecznie pachnącego kremu do rąk. Kremu, który przywędrował do mnie w przecudownej paczce od ArcyJoko u której wygrałam rozdanie. Zanim zaproszę Was do zapoznania się z moją opinią o nim muszę, po prostu muszę, pokazać co dostałam od Joko, gdyż przesyłka była tak cudowna, że… aż brak mi słów.



Obłędny ziołowy szampon, dla którego zdradziłam swojego bez SLS’owego babydream’a. Krem do rąk, który będzie głównym bohaterem dzisiejszej recenzji. Lawendowe kosmetyki do włosów i suchy szampon batiste.


Pieprzowy lakier do paznokci (jego recenzję znajdziecie u Joko) oraz ozdobny lakier od Golden Rose. Ananasowy wosk i lawendowe mydełko.


Jakby tego było mało… Każdy z produktów zawierał zieloną karteczkę z komentarzem oraz instrukcją obsługi. Paczkę oczywiście odebrał mój luby, który zdecydował, że sam będzie mi wszystko podawał, oczywiście najpierw przeczytawszy notatki autorki. Jakież to było irytujące, kiedy trzymał w rękach moje nagrody i chichotał pod nosem co rusz powtarzając „Dobra jest, haha!” (tak, to o Tobie Joko!). No po prostu, komentarze level master, no i biliard do humoru, naprawdę! Co więcej, Joko zapamiętała, że w maju obchodzę urodziny i do paczki dołączyła obłędną karteczkę, którą czytałam już kilkakrotnie. Naprawdę, widać w tym tyle serca, że aż nie jestem w stanie tego opisać. Bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję Joko!


I to właśnie jeden z prezentów od Joko będzie dzisiaj główną gwiazdą – Panie i Panewki, jak to mówił uroczy samochód z bajki „Auta” – zapraszam na recenzję kremu, który skradł serducho nie tylko moje, ale i koleżanek oraz współpracownicom.:) Ba, nawet mojemu się podoba i daje sobie posmarować łapki!



Krem do rąk Fruity Harmony firmy Balea o niezwykle owocowym zapachu. Troszkę się naszukałam i pobawiłam z google translate ale nie udało mi się wynaleźć wszystkich nut zapachowych kremu – producent określa go po prostu jako owocowy, wymieniając pitaję oraz mleko kokosowe. Ja ponadto czuję coś kwaskowatego – mandarynkę najprawdopodobniej i na pewno jeszcze coś, ale nie jestem w stanie tego określić.  




Głównym zadaniem kremu jest nawilżanie – jako właścicielka bardzo suchej skóry, zarówno twarzy jak i ciała – a co za tym idzie – dłoni również, muszę przyznać, że sprawdza się naprawdę fenomenalnie! Mimo troszeczkę oleistej (?) konsystencji (ale naprawdę, dosłownie troszeczkę), która z początku mnie zaniepokoiła, krem wchłania się bardzo szybko, pachnąc przy tym obłędnie, i naprawdę fajnie nawilża. Siedząc w pracy, tfu, na stażu, wystarczy, że nałożę go raz i mogę się cieszyć nawilżonymi łapkami do końca.


Ponadto za kremem przemawia jeszcze jego oprawa graficzna i materiał, z jakiego jest zrobiona tubka z nadrukiem – wygląda tak egzotycznie, smacznie, pięknie się prezentuje zarówno na półce jak i w torebce. Noszę go ze sobą wszędzie i zachwycam swoich znajomych cudownym zapachem lata!


Opakowanie zawiera 100 ml i kosztuje ok. 8 zł (dane z wizażu). Jak dla mnie jak najbardziej warto! Szczerze polecam Wam ten krem – ja sama z chęcią zapoznam się z ofertą firmy Balea i zrobię większe zakupy, jak tylko będę mogła.


Mam nadzieję, że moja recenzja będzie choć troszkę przydatna, jeśli któraś z Was stanie przed podjęciem decyzji odnośnie wyboru kremu do rąk. Może nie jest długa, ale myślę, że zawarłam w niej wszystkie najważniejsze informacje. Gdyby czegoś brakowało, piszcie.


Ze swojej strony dodam jeszcze, że w maju dwa weekendy spędziłam u siebie na wsi i nie byłabym sobą, gdybym nie opublikowała tu kilku zdjęć. Tropie to taka moja mała ojczyzna, gdy byłam mała spędzałam tam każdy weekend i wakacje. Bardzo kocham to miejsce i dlatego postanowiłam, że się nim z Wami podzielę. Oprócz tego krótko, zwięźle i na temat pokażę jeszcze, co ciekawego wydarzyło się u mnie w tym miesiącu.




 Haha, wybaczcie, ale uważam, że kura ze wzrokiem mordercy zasługuje na osobne miejsce.:D


Lubicie koktajle? Ja i mój luby uwielbiamy – często jakieś przygotowuje. Dodatkowo, od niedawna mamy wyciskarkę do owoców – sok z marchwi i jabłka robi u nas furorę.


Niedawno byłam jako fotograf na bardzo eleganckim przyjęciu weselnym. Nie było tańców, lecz uroczysty obiad i choć całość ogólnie mi się podobała, to jednak jestem zwolenniczką innego typu świętowania – bez tańców się nie obejdzie!


Mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie chciał zamordować za to zdjęcie, bo wiem, że Magic Starsy nadal są ciężko dostępne w Polsce. A jeśli już, to bez promocji są koszmarnie drogie. Wybaczcie!


Trzy tygodnie temu wpadliśmy również do Catroomu, na ciastko w towarzystwie kotów. Krakowskie stowarzyszenie Stawiamy na łapy organizuje takie spotkania co weekend. Gdy my byliśmy, odbywał się tam również mały targ – można było kupić biżuterię lub przepiękne, kocie przypinki – cały dochód przeznaczany był dla podopiecznych Fundacji, których jest ponad siedemdziesiąt! Tydzień temu do kupienia lub poczytania było mnóstwo książek a teraz odbywa się tam Dzień Dziecka dla kociaków, których niestety, po Komuniach i okresie rozrodczym kotów na osiedlach pojawiło się od groma… Zachęcam Was do zapoznania się z Fundacją, gdyż uważam, że jest ona niesamowita!



A tutaj uchylam rąbka tajemnicy odnośnie mojej ferajny. Pomnóżcie tego słodziaka razy trzy, dodajcie do tego mamę i dwie rezydentki i wszystko stanie się jasne.


No cóż, to by było na tyle.
Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się dużo szybciej. W każdym bądź razie obiecuję, że będę się starać.
Pozdrawiam Was cieplutko,

Paula, leniwa buła.