poniedziałek, 31 grudnia 2018

#63. DROGI 2018...




Hola,
W ogólnym rozrachunku rok 2018 nie należał do najlepszych – głównie jego końcówka okazała się szczególnie paskudna i koszmarnie dała w kość.
Mimo wszystko nie chce skupiać się tylko na negatywach, dlatego dziś przywołam przede wszystkim dobre rzeczy, które mnie spotkały, bądź które poznałam przez ostatnie dwanaście miesięcy. To będzie takie moje małe, prywatne podsumowanie wzlotów i upadków.


Drogi 2018, w szczególności chciałam Ci podziękować za piękny, niemalże górski rok. Choć jestem dopiero początkująca i z moją kondycją raczej kiepsko (dalej nie udało mi się schudnąć – i za to Ci nie dziękuję!), to w tym roku przeszłam prawie 52 km po szlakach oraz pokonałam 1936 m wzniesień. Trzykrotnie odwiedziłam Rusinową Polanę, miałam okazję zobaczyć krokusowy spektakl oraz podziwiać cudowne widoki z Kopy Kondrackiej. Nabrałam pokory wobec gór, poznałam swoje słabości i powoli staram się je niwelować. Mam nadzieję, że w 2019 zrobię jeszcze więcej kilometrów, uda mi się w końcu dotrzeć na Gąsienicową oraz przejść Małą Fatrę.


O moich górskich podbojach możecie przeczytać:




W końcu dotarłam na koncert wokalisty z Accantusa – i to jednego, ze swoich ulubionych! A raczej – jednej. Recital Sylwii Banasik, który odbył się niedawno, był wspaniały i wciąż mam ciarki na plecach, gdy o nim myślę. Planowałam wybrać się na koncert w 2019, ale ponieważ brakuje tam kilku moich wykonawców, zrezygnowałam. Za to już w styczniu będę miała okazję posłuchać Pawła Domagałę.


Drogi 2018, dziękuję Ci za wiele inspirujących, pięknych i wzruszających książek, które miałam okazję przeczytać w tym roku. Przede wszystkim dziękuję za twórczość Jojo Moyes, przy której zarówno śmiałam się jak i płakałam, za obie części Wielkiego Ogarniacza Życia doprowadzającego mnie do takiego stanu rozbawienia, że aż nie jestem w stanie tego opisać, za wciągającą i fascynującą serię Więźnia Labiryntu, którego pochłonęłam jednym tchem oraz za literaturę górską, którą udało mi się dopiero liznąć – TOPR. Aby inni mogli przeżyć (pisałam o nim TUTAJ) oraz Wszystko za Everest. W tym tygodniu powinnam dorwać kolejne pozycje z tej tematyki.


Dziękuję Ci za filmy, które dane było mi obejrzeć zarówno w zaciszu swojego domu jak i w kinie – za chwytającego za serce Cudownego Chłopaka, Więźnia Labiryntu, rewelacyjną Czerwoną Jaskółkę, Avengers czy Wilcze Dzieci (wspaniałe anime długometrażowe). Dziękuję Ci także za Netflixa, który w tych ostatnich miesiącach pochłonął mnie bez reszty i sprawił, że zaczęłam oglądać inne seriale niż GOT.;) W szczególności – Łowcy trolli, DareDevila, 13 powodów oraz moje osobiste trzy hity – Atypowego, Anię, nie Annę i… Biedronkę i Czarnego kota.;) Za pośrednictwem Netflixa obejrzałam też wiele cudownych filmów, m.in. Kluseczkę, Zanim odejdę, Sierra Burrgets, Do wszystkich chłopców, których kochałam, Thi Mai czy Tallulah (było tego więcej!).

Za to, że jak co roku, całą rodziną mogliśmy spotkać się przy Wielkanocnym oraz Wigilijnym stole.♥


Dziękuję Ci za to, że więcej nie przytyłam :D


Dziękuję za szalony wypad nad morze z ciocią, który obfitował w wiele przygód oraz oparzenia nóg (poczytacie o tym TUTAJ). Ale – było warto! Kąpiel w morzu zaliczona!


Dziękuję za możliwość wykupienia i zaplanowania wspaniałych wakacji na 2019 rok. Starsza siostro Minorki – nadchodzimy już niebawem :)

Dziękuję Ci za kolejny fajny zespół do odsłuchania – All Time Low – a w szczególności Good Times i Drugs&Candy (posłuchacie tutaj i tutaj) a także za Spotify, który taaaak mi ułatwił słuchanie ukochanej muzyki (wciąż czekam na Chcę żyć dla ciebie!).



Dziękuję Ci również za to, że w końcu udało mi się odwiedzić Tropie – i to nie jeden raz :) (tu i tu).

W tym roku udało mi się również dokonać sporego zakupu – obiektywu do mojego canonowskiego dziecka oraz odkurzyć starego, ponad trzydziestoletniego polaroida, którym zaczęłam fotografować wyjątkowe chwile.



Drogi 2019. Bądź lepszy. Po prostu. Bez koszmarnego finiszu.
Bądź spokojniejszy, daj złapać oddech.
Bądź obfity w nowe doświadczenia i wyzwania, w kilometry górskich wędrówek i godziny spędzone z nosem w lekturze.
Bądź bogaty w przygody, ale takie z happy endem.



Szczęśliwego nowego roku.

środa, 21 listopada 2018

#62. NACOMI PO RAZ PIERWSZY :)


Hola :)
Pogoda za oknem od paru dni zdecydowanie nas nie rozpieszcza, dlatego dziś wychodzę jej naprzeciw i podpowiem, jak można rozpieścić się samemu :)

Produkty Nacomi interesowały mnie już od dawna, dlatego gdy tylko zdobyłam kupon rabatowy na zakupy w Drogerii Pigment postanowiłam je sprawdzić. Mój wybór padł na serum żelowe do twarzy (hialuronowe), nawilżający koktajl do twarzy (opcja błyskawicznego nawilżenia), peeling cukrowy do ciała z kawą o obłędnym zapachu latte oraz maskę algową do twarzy (wariant łagodzący z rumiankiem). Produkty zamówiłam na początku czerwca, jednak w sierpniu musiałam zrezygnować z tych do twarzy ze względu na silną reakcję alergiczną na nowy płyn do soczewek – no cóż, siostra, która je dostała była wniebowzięta, gdyż jest wielką fanką tej marki. Ja miałam to nieszczęście, że mogłam je testować tylko dwa miesiące, ale i tyle wystarczyło, by wyrobić sobie na ich temat opinię :) Zapraszam więc do czytania.




NAWILŻAJĄCY KOKTAJL DO TWARZY 3w1  oraz SERUM ŻELOWE Z KWASEM HIALURONOWYM
Nie sposób opisać ich osobno gdyż idealnie się uzupełniały więc używałam ich równocześnie – mieszałam trochę koktajlu z żelem i nakładałam na twarz po kąpieli. Duet ten zastąpił ukochany przeze mnie krem Dermedic i spisywał się bardzo dobrze. Szybko się wchłaniał pozostawiając fajne uczucie nawilżenia i lekkości. Koktajl był delikatnie lepki i tłustawy, żel za to miał rewelacyjną konsystencję – genialne więc się uzupełniały. Warto zaznaczyć też, że koktajl można używać jako maseczkę do twarzy, maseczkę pod oczy albo intensywne serum. Ja zdecydowałam się po trochu na jedno i drugie. Efekty dość szybko były odczuwalne – buzia była miękka, nawilżona i promienna. No i całość wchłaniała się zdecydowanie szybciej niż Dermedic.:) Zero uczucia ściągnięcia oraz suchości, która jest moim przekleństwem.:)


MASKA ALGOWA ŁAGODZĄCA Z RUMIANKIEM
No dobra. Z tym produktem akurat się nie polubiłam. Po pierwsze – przychodzi nie w formie maski a proszku, który sami musimy rozrobić. Jest to poniekąd fajne, bo poza letnią wodą możemy dodać hydrolat, ja jednak totalnie poległam w tej kwestii. Ani raz nie udało mi się uzyskać upragnionej konsystencji :D Strasznie się namęczyłam przy odmierzaniu proporcji a i tak za każdym razem tworzyła się totalna paćka, której nijak nie dało się dobrze rozprowadzić na twarzy, zrezygnowałam więc. Siostra, która stosuje te produkty dłużej ode mnie (no i ma więcej cierpliwości) nie miała z tym problemu i jest zadowolona z działania maski.


PEELING CUKROWY Z KAWĄ
Mój faworyt, którego używam do dziś! Ja generalnie uwielbiam peelingi kawowe, zarówno te robione w domu jak i kupne, a ten totalnie skradł moje serducho. Przede wszystkim – pachnie tak obłędnie kawą latte, że naprawdę trzeba się pilnować, aby go nie zjeść! Wystarczyło, że odkręciłam wieczko, delikatnie podważyłam folię ochronną i po pomieszczeniu rozszedł się apetyczny zapach! Mniam! W działaniu w niczym nie ustępuje moim wcześniejszym, domowym wersjom – super masuje, oczyszcza i sprawia, że skóra staje się mięciutka i nawilżona jak pupcia niemowlaczka. Robi bałagan, ale nie tak olbrzymi jak wersje handmade no i łatwiej się spłukuje, choć niekiedy znajdywałam kilka ziarenek rano na przykład w zgięciu kolana ;) Ale jestem w stanie mu to wybaczyć zarówno za działanie jak i zapach a także wydajność. Jak wspominałam, nadal z niego korzystam. Jest to mój zdecydowany hicior.



Kosmetyki Nacomi u mnie sprawdziły się dobrze. Gdyby nie problem z alergią, z pewnością korzystałabym z całej czwórki dalej (niestety, wciąż się z nią borykam, bardzo lubi powracać, nie ryzykuję więc nowymi kosmetykami do pielęgnacji twarzy czy oczu). Warto jeszcze wspomnieć, że są naturalne, robione ręcznie, mają śliczne opakowania oraz – wersje zapachowe obłędnie pachną :) No i przede wszystkim – siedziba oraz zakład produkcyjny zlokalizowane ma w małej wsi na południu Polski! Czy trzeba jeszcze kogoś przekonywać?:)


piątek, 9 listopada 2018

#61. RUSINOWA POLANA I GĘSIA SZYJA JESIENIĄ - TYM RAZEM BYŁO COŚ WIDAĆ ;)


Hola!
To aż trudne do uwierzenia, jak listopadowa pogoda nas w ostatnim czasie rozpieszcza, grzechem więc byłoby z niej nie skorzystać.
W moim życiu ostatnio sporo się dzieje, a już ostatnie dwa tygodnie były naprawdę ciężkie, żeby nie powiedzieć – koszmarne. Potrzebowałam oddechu, dystansu, oderwania się od rzeczywistości, spokoju…
A gdzie tego nie znajdę, jeśli nie w ukochanych Tatrach? Do tego w cudownych towarzystwie przyjaciółki?
Tutaj nie było się nad czym zastanawiać! Udało nam się załatwić wolne, a więc spakowałyśmy manatki i w drogę! Ze względu a brak transportu, wybrałyśmy się autobusem – Szwagropolem – startującym z dworca głównego o 6:10. W Zakopanem byłyśmy po 8. Jesienią zmierzch zapada w Tatrach szybko, dlatego też za cel obrałyśmy sobie trasę łatwą ale widokową. Nie ukrywam, że zastanawiałyśmy się jeszcze nad Morskim Okiem, ale ostatecznie decyzja padła na Rusinową Polanę wraz z Gęsią Szyją. Wycieczka miała być dla nas odpoczynkiem, oddechem od codziennego życia i jego zmartwień, nie chciałyśmy się spieszyć, zrezygnowałyśmy więc z innych, nieco trudniejszych szlaków.

Taką samą trasę obraliśmy w lutym, jednak wtedy gęsta mgła zasłaniała niemal wszystko. Możecie o tym poczytać TUTAJ. Na Rusinową wróciliśmy także w kwietniu – tym razem pogoda dopisała, no ale na Gęsią nie było czasu, panorama z niej widoczna musiała więc poczekać aż do listopada (hahaha, jak sami widzicie, na Rusinowej nie byłam jedynie latem :D). Ale, jak wtedy pisałam – co się odwlecze to nie uciecze :) I tak też się stało.

Zapraszam Was na relację fotograficzną z tego wypadu.
Za zdjęcia mej osoby oraz wspaniałe towarzystwo dziękuję Dariuszce

Nasza trasa:






 Pierwsze widoki.











Czy to na pewno jesień? 


Z każdym krokiem coraz piękniej… 






Spojrzenie na Nowy Wierch, Murań, Harwań, Płaczliwą Skałę i Szalony Wierch. Przepiękne kolory.

Dotarłyśmy!



Spojrzenie na kolejną część naszej trasy...

Bajeczna panorama z Rusinowej. Widzimy Wierch Skałki, Jagnięcy Szczyt, Kołowy Szczyt, Czarny Szczyt, Baranie Rogi, Śnieżny Szczyt, Lodowy Szczyt, Czerwoną Skałę, Holicę, Szeroką Jaworzyńską, Chorwacki Upłaz, Spismichałową Czubę, Gerlach, Batyżowiecki Szczyt, Zmarzły Szczyt, Kończystą, Młynarz, Ganek, Wysoką i na samym końcu, urwane - Rysy.:)

Nie ma czasu na odpoczynek! Idziemy dalej! Cel - Gęsia Szyja! PS: Żartowałam, na Rusinowej usiadłyśmy na ławeczkach i zjadłyśmy drugie śniadanie :) 

Spojrzenie w tył. Widok Nowego Wierchu, Murania, Harwania i Płaczliwej Skały towarzyszył nam przez sporą część wędrówki. No piękne są, takie jesienne...


 Wspinamy się, wspinamy...


I kolejne ujęcia na naszych ulubieńców! Warun idealny!!!


Ostatnia prosta...

I oto ona! Gęsia Szyja!


Widoki zapierające dech w piersiach... I pomyśleć, że tyle nas ominęło w lutym :-)





Oto i one - po prawej stronie - Rysy. Obok, bardziej strzelista Wysoka.







W górach ludzie są inni. Życzliwsi. Bardziej otwarci. Podczas naszego odpoczynku na Gęsiej (prawie godzinę byłyśmy same!) dotarły do nas dwie osoby – pani Stanisława mieszkająca nieopodal i pan Krzysztof z Helu, z którymi dość długo rozmawiałyśmy – o górskich doświadczeniach, planach, nawet o chorobach ;) Obejrzałyśmy super zdjęcia z Giewontu a nawet… Wymieniłyśmy się numerami z panią Stanisławą, która z chęcią wybierze się z nami na kolejną wycieczkę. Ach… Zapomniałam wspomnieć – nasi nowi znajomi byli w okolicy pięćdziesiątki :)


Dzielny, rudy wędrowiec :D Za fotografie dziękuję Dariuszce ♥

Na Gęsiej Szyi spędziłyśmy sporo czasu. Teraz czeka nas droga w dół.



Słoneczko powoli zachodzi.




Muszę się pochwalić – to była pierwsza wyprawa, podczas której doskonale wiedziałam na które szczyty patrzyłam. A to wszystko dzięki mapie, w której znajdowały się także opisy panoram. Rewelacyjna sprawa! (na fotografii nie zmieściły się wszystkie nazwy, zaznaczyłam najważniejsze :)).



Gerlach w chmurach ♥






I jeszcze zbliżenie na Gerlach w chmurach.




Nowy kolega dzielnie dotrzymywał mi towarzystwa, kiedy Dariuszka poszła do kapliczki.

Gerlach po raz enty. Nic nie poradzę, jest tak piękny i majestatyczny...