czwartek, 23 sierpnia 2018

#58. 2005 METRÓW BLIŻEJ NIEBA, CZYLI KOPA KONDRACKA Z KASPROWEGO WIERCHU ORAZ DOLINA MAŁEJ ŁĄKI



„…wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie, a przynajmniej to, że większość granic i lęków to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność…”
Jacek Teler


Tegoroczny urlop przeżyłam trochę inaczej niż zazwyczaj - w szerszym gronie najbliższych i w kilku miejscach, począwszy od Krakowa, Energylandii i Zakopanem a na Tropiu i Krakowie znów skończywszy. Dziś chciałabym podzielić się z Wami najwspanialszą jego częścią – oczywiście chodzi mi o pobyt w moich ukochanych Tatrach.


Widok z okna na Giewont i kawałeczek naszej czwartkowej trasy.

W Zakopanem zameldowaliśmy się we wtorek po południu. Tego samego dnia wyruszyliśmy na krótki, rozgrzewający szlak, który kończył się w pięknym miejscu. Naszym pierwszym celem była Wielka Polana Małołącka.


Gronik -> Dolina Małej Łąki -> Wielka Polana Małołącka -> Gronik

Trasa krótka, w trakcie nieszczególnie widokowa (w przeciwieństwie chociażby do Rusinowej Polany) ale z pięknym akcentem na końcu. Mieliśmy z niego idealny podgląd na nasz cel, który miał zostać zdobyty dnia następnego. A przynajmniej na jego fragment, tj. Przełęcz pod Kopą Kondracką. Z Polany rozpościera się także piękny widok na Wielką Małołącką Turnię, Pośrednią Małołącką Turnię oraz Zagonną Turnię (po prawej stronie fotografii). Ten fragment trasy przed Wielką Małołącką Turnią a zaraz za zrudziałą trawą to właśnie Przełęcz pod Kopą Kondracką, przez którą szliśmy.:)



Naszą bazą wypadową był Gronik. Wystartowaliśmy po 17, dzięki czemu bez problemu mogliśmy zostawić samochód na parkingu. Na szlaku spotkaliśmy dosłownie garstkę ludzi. Szliśmy w siódemkę, w tym z pięcio- i dwuletnimi chrześniaczkami mojego P. (dwulatka szła w nosidle). Szlak jest w miarę prosty, ma kilka lekkich podejść, ale nie są wymagające. W paru miejscach było mokro i trzeba było zachować ostrożność aby się nie poślizgnąć na mokrych kamieniach, którymi był wyłożony szlak, ale poza tym szło się przyjemnie. Jedynym minusem mógłby być chłodek, który się pojawił ale była to miła odmiana, zważywszy na to, że rano wyruszyliśmy z parnego Krakowa.











Marzyło mi się zobaczyć kwitnącą Wierzbówkę kiprzyca w Dolinie Gąsienicowej. Ta na Wielkiej Polanie Małołąckiej też może być! 



Na środę mieliśmy zaplanowaną trasę, która startowała z Kasprowego Wierchu przez Czerwone Wierchy, więc następnego dnia pobudkę mieliśmy z samego rana. Ja sama przebudziłam się przed szóstą. Na godzinę 7:20 mieliśmy kupione bilety na kolejkę na Kasprowy Wierch, na którą się… spóźniliśmy. Dobiegliśmy do barierek w momencie, kiedy odjeżdżała. Humory mieliśmy raczej grobowe… Postanowiliśmy jednak poczekać na następną (7:40) i spróbować szczęścia – a nuż może nas wpuszczą?



Wpuścili. Głównie ze względu na chrześnice Pawła. Nerwów się najedliśmy co nie miara, ale gdy tylko drzwi kolejki się za nami zatrzasnęły wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Udało się!



W dniu dzisiejszym mieliśmy obraną trasę mniej więcej, to znaczy planowo marzyło mi się zaliczyć wszystkie Czerwone Wierchy i zejść Doliną Tomanową a potem Kościeliską. Wiedziałam jednak, że trasa ta jest dość wymagająca (jak dla mnie i moich kolan), podchodziłam więc do tematu luźniej. W trakcie trwania czerwonego szlaku, którym się poruszaliśmy, mogliśmy zejść w kilku momentach, dlatego nie stresowaliśmy się zbytnio. Nie chcieliśmy powtórki z Doliny Pięciu Stawów Polskich (o których możecie poczytać tutaj ;)). Finalnie dotarliśmy do Kopy Kondrackiej i zeszliśmy do Doliny Małej Łąki.

Szlak wyglądał tak:
Kasprowy Wierch -> Suche Czuby -> Przełęcz pod Kopą Kondracką -> Kopa Kondracka -> Przełęcz Kondracka -> Dolina Małej Łąki -> Wielka Polana Małołącka -> Gronik.

Podgląd na mapie:

Widoki z kolejki:







Trasa była oczywiście bardziej wymagająca niż dnia poprzedniego, ale szło się zupełnie inaczej. Tak naprawdę to był chyba pierwszy raz, kiedy przez cały dzień W OGÓLE nie czuliśmy presji czasu. Szliśmy spokojnie, swoim tempem kontemplując widoki, które swoją drogą były… WSPANIAŁE. Zapierające dech w piersiach. Bajeczne. No po prostu coś niesamowitego! Zresztą co ja będę się rozwodzić, sami tylko spójrzcie na zdjęcia, mimo, że nawet w połowie nie oddają prawdziwego uroku gór :) Wszyscy byliśmy po prostu oszołomieni tym pięknem, które nas otaczało ZEWSZĄD.


Widok na nasz kolejny cel – Dolina Gąsienicowa z Kasprowego przez Liliowe! Oby pogoda we wrześniu dopisała:)












 Nasza trasa :)










Te brązowe kropki w dole po lewej to kozicie :) Niestety, ze względu na wagę wzięłam ze sobą obiektyw 17-40, bez tele. 

Widok na Świnicę.





Sam początek szlaku był trochę niewygodny ze względu na kamienie, potem do Kopy Kondrackiej mieliśmy do pokonania dwie trudniejsze przeszkody skalne (możecie je zobaczyć tutaj, mi nie udało się zrobić dobrego zdjęcia, gdyż przy obu zrobił się zator), ale poza tym szło się bezproblemowo i można było bez problemu upajać swoje oczy. Przy pierwszym podejściu po raz pierwszy wyciągnęłam swoje kije i nie rozstawałam się potem z nimi już niemal przez całą trasę. Stwierdzam, że takie kije to rewelacyjna sprawa.




























Widok na końcowe podejście na Kopę Kondracką. Nie mogę się doczekać :)

Planowo droga z Kasprowego na Kopę Kondracką powinna zająć jakieś 2 godziny. Nam zajęła około czterech, ale jak wspomniałam – nie spieszyliśmy się. W Przełęczy pod Kopą Kondracką pożegnaliśmy się z rodziną P., która postanowiła zejść do Hali Kondratowej (gdzie widzieli też niedźwiedzia!) a następnie do Kuźnic, my z P. i moją ciocią zdecydowaliśmy się dojść jeszcze na Kopę Kondracką i z niej zejść do Doliny Małej Łąki, w której gościliśmy dnia poprzedniego. Podejście pod Kopę nie było wybitnie trudne, jedynie trochę męczące dla osób niezbyt wprawionych. Po raz kolejny cieszyłam się, że wzięłam ze sobą kije. Z Przełęczy na Kopę dotarliśmy w jakieś 30-40 minut. Widok z góry był jeszcze piękniejszy a panorama rozległa: bez problemu mogliśmy dostrzec chociażby Kozi Wierch, Świnicę, Gerlach czy Rysy (o czym oczywiście przekonałam się dopiero w domu przeglądając panoramy w internecie, najlepszą znajdziecie tu: ->KLIK<-. Poniżej moje dwa zdjęcia na których widać wspomniane wyżej szczyty:)






I trochę innych z Kopy Kondrackiej.






Udało się! Dotarliśmy!


Tęskne spojrzenie w stronę Małołączniaka. Jeszcze Cię odwiedzę!



Z Kopy schodziliśmy żółtym szlakiem, najpierw w stronę Giewontu (im bliżej, tym głośniej, w Kondrackiej Przełęczy trafiliśmy na tłum ludzi a kolejkę na szczyt Giewontu widzieliśmy już z daleka). Do Kondrackiej Przełęczy schodziło się super, potem zaczęły się schody – dosłownie i w przenośni. Gdzieś w oddali majaczyła nam Wielka Polana Małołącka, Giewont rósł w oczach a my mozolnie schodziliśmy – najpierw długi fragment po bardzo stromych schodach z kamieni, potem po trochę mniej stromych ale za to cholernie śliskich – naprawdę! Niektóre aż się błyszczały, jakby były wypolerowane.;) Schodziliśmy, schodziliśmy a końca nie widać, to był zdecydowanie najgorszy moment całej wyprawy. Kiedy w końcu dotarliśmy do Wielkiej Polany Małołąckiej byłam najszczęśliwszą osobą na świecie i bardzo było mi żal osób, które szły w przeciwnym kierunku (zwłaszcza, ze zdecydowana większość co rusz miała nadzieję, że już zaraz koniec a tak zdecydowanie nie było).



 Ten zygzak to początek zejścia do Hali Kondratowej.


 Kilka spojrzeń na Giewont. Widzicie tą kolejkę?




Tu były prawdziwe tłumy, które słychać było już z daleka… Kondracka Przełęcz.


Generalnie z tym pytaniem na szlaku „Ile jeszcze?” radzę bardzo uważać. Idąc z Kasprowego pierwsze oznaczenie miejsca, w którym jesteście znajdziecie dopiero w Przełęczy pod Kopą Kondracką. Idąc więc w tym kierunku w pewnym momencie zaczęliśmy się obawiać, że rodzina P. przegapiła zejście (a my razem z nimi). Każda napotkana osoba, która szła w przeciwnym kierunku niż my, zapytana o to, jak daleko jeszcze odpowiadała, że kawałeczek, jeszcze tylko trochę… Śmialiśmy się, że czujemy się jak starsza chrześniaczka P., której też często tak odpowiadamy, jak zaczyna jej się nudzić.;)



Z takich ciekawostek powiem jeszcze, że widzieliśmy kozice – kawałek za Kasprowym Wierchem, ale z daleka, w dole, kilka saren – w tym jedną z bardzo bliska, na Wielkiej Polanie Małołąckiej. Jak wspomniałam wcześniej, rodzinie P. udało się dojrzeć misia :)



Ostatnie spojrzenie w stronę Kopy Kondrackiej.

Ach, no i myślę, że warto wspomnieć, że umówieni byliśmy na telefon, gdy dotrzemy na Polanę – pod Gronik miał podjechać po nas brat P., byśmy nie musieli wałować po asfalcie do domku. Ponieważ P. padał telefon, powiedział, że z mojego zadzwonimy. I teraz obczajcie to: jesteśmy już na tej polanie, ciężko siadamy przy stolikach, ja wyjmuję telefon, by zadzwonić i widzę, że mój telefon umrzył, wylał ekran… P. próbuje wykonać połączenie i w tym momencie jego bateria pada. A chwilę wcześniej odkryliśmy, wyjmując aparat już na polanie i robiąc zdjęcie, że pękł w nim wyświetlacz… Moje nowe, canonowskie dziecko, jeszcze raty za niego płacę :( (powód pęknięcia odkryliśmy dopiero wieczorem: P. nie wyjął z plecaka polaroida, który leżał na dnie, ja chowałam aparat wyświetlaczem do dołu, jednak na samej górze, przy wyjmowaniu jedzenia aparat musiał spaść na dół plecaka uderzając o polaroida). No cóż, nigdy nie może być idealnie, prawda? ;)



Trasa z Wielkiej Polany Małołąckiej Doliną Małej Łąki ciągnęła się w nieskończoność. A potem jeszcze te 2 kilometry asfaltem… Ale! To było niebo a ziemia w porównaniu do tego, co przeżyliśmy w Dolinie Pięciu Stawów (tam szliśmy potem asfaltem dobre 5 albo i więcej kilometrów w drodze powrotnej…). Oczywiście ja, jak to ja musiałam się zjarać od kolan w dół no i bolały mnie stopy (polecam zabierać czyste skarpetki na zmianę! Nie wiem co to za patent, ale gdy przy zejściu stopy zaczęły boleć mnie niemiłosiernie, usiedliśmy, zdjęłam buty, odpoczęłam, założyłam nowe skarpetki to stopy na dłuższą chwilę przestały boleć!) a po powrocie do ośrodka od razu wskoczyłam pod prysznic, wysmarowałam się aloesem, żeby za bardzo nie piekło i walnęłam się do łóżka, nie wychodząc z niego dopóki nie przyszło zamówione żarcie – byłam przeszczęśliwa. Choć nie dotarliśmy na Małołączniak, Krzesanicę i Ciemniak, które były moim tegorocznym marzeniem, tak nie jestem rozczarowana ani trochę. Mierzyliśmy siły nad zamiary, góry nie uciekną, a my wciąż się wprawiamy. No i mamy cel na kolejny rok, prawda?


 Bliższe spojrzenie na Giewont z miejsca naszego noclegu.

 Gwiazdy w górach jakby bliżej…

 Tu również Giewont (jasny punkt).