niedziela, 22 lipca 2018

#57. SUGAR SCRUBS OD L'OREAL - WERSJA OCZYSZCZAJĄCA ORAZ ODŻYWCZA



 Po fenomenie, jakim okazała się maska od L’Oreal z serii „czysta glinka” z chęcią sięgnęłam po kolejne produkty tej marki. W trakcie trwania promocji w Rossmannie zdecydowałam się na zakup dwóch peelingów Sugar Scrubs – wariantu oczyszczającego oraz odżywczego. Jak już kilka razy wspominałam, miewam problemy z cerą, dlatego dość ostrożnie podchodzę do wszelakich nowości.


Peelingi ukryte są w szklanych, ciężkich słoiczkach o pojemności 50 ml. Ich skład bazuje na trzech rodzajach cukrów - białym, jasnym i brązowym raz innych składnikach: w oczyszczającym znajdziemy nasiona kiwi, olejek eteryczny z mięty oraz z trawy cytrynowej, w wersji odżywczej masło kakaowe, ziarna kakaowca i olej kokosowy. Używam ich do całej buzi - łącznie z ustami :)


Pierwszym peelingiem Sugar Scrub, po który sięgnęłam był ten oczyszczający – a to wszystko przez ten piękny, zielony kolor oraz delikatny, świeży zapach. Trochę obawiałam się, czy nie będzie on dla mnie za ostry, jednak sprawdził się super. Peeling delikatnie złuszcza, czuć w nim nasionka kiwi, ale nie podrażnia. Jest ostrzejszy niż druga posiada przeze mnie wersja, dlatego jej używam rzadziej. Po użyciu buzia staje się przyjemna w dotyku, wydaje się również bardziej elastyczna no i przede wszystkim oczyszczona. Idealnie sprawdza się w kąpieli po gorętszym dniu ponieważ przyjemnie odświeża. Po tej wersji jednak zdecydowanie potrzebuję jeszcze sięgnąć po krem.


Sugar Scrub w wersji odżywczej jest zdecydowanie delikatniejszy, chm, „chropowaty”? W sensie, w zielonej wersji peelingują głównie nasionka kiwi, tutaj rzekłabym, że całość. Dość szybko się rozpuszcza i jego użytkowanie to bardzo przyjemny masaż dla twarzy. Pachnie delikatnie, subtelnie. Nawet po spłukaniu nadal jest odczuwalny na buzi – coś jakby delikatna maseczka. Buzia po jego użyciu jest mięciutka i naprawdę fajnie nawilżona. W tym przypadku krem po użyciu nie jest potrzebny.

Peelingów używam regularnie od ponad dwóch miesięcy, dzięki czemu mogę śmiało powiedzieć, że są wydajne. Nie wystąpiła u mnie żadna reakcja alergiczna, nie pojawiły się żadne podrażnienia. Moim zdaniem te peelingi są naprawdę super i z pewnością zakupię kolejne słoiczki, gdy te się skończą. Warto jeszcze wspomnieć, że poza dwoma sprawdzonymi przeze mnie, jest jeszcze trzecia wersja – rozświetlająca z olejem z pestek winogron. Ja akurat rozświetlenia nie potrzebuję, ale z tego co udało mi się wyczytać – ten również ma bardzo fajne opinie.




No cóż, podsumowując: Sugar Scrubs zdecydowanie lądują na mojej liście kosmetyków wszechczasów. Myślę, że przebiły nawet ukochaną pastę od Ziajki. Polecam serdecznie :)






sobota, 30 czerwca 2018

#56. DWUDNIOWY WYPAD NA WIEŚ - TROPIE ♥


Hola!
Dziś zapraszam Was na kilka kadrów z mojej ukochanej wsi - Tropia. Choć nie spędzam tam ostatnio za dużo czasu (a wręcz przeciwnie), to jest to idealne miejsce na zwolnienie tempa, odpoczynek, naładowanie baterii. Tropie to niewielka wieś położona 20 km od Nowego Sącza, z jednej strony otoczone przez Jezioro Czchowskie - wchodząc na wzgórze koło naszego domu ma się świadomość, że jest się na wyspie :) Jest to więc idealne miejsce dla osób uwielbiających ciszę, spokój oraz obcowanie z naturą. No i położone jest niedaleko Sącza, gdzie można zjeść lody najpyszniejsze na świecie - z Orawianki. ♥ Ach, no i nie ma nic lepszego od rosnących dziko poziomek!


































środa, 13 czerwca 2018

#55. BO W ŻYCIU PIĘKNE SĄ TYLKO CHWILE... CZYLI JEDNODNIOWY WYPAD NAD MORZE.


Ahoj :)
Dziś przychodzę do Was z pełną harmonii, spokoju i błękitu relacją z spontanicznego wypadu nad nasze piękne, polskie morze. Pomysł na jakiś szalony, krótki wyjazd chodził mi po głowie od weekendu czerwcowego, kiedy to nosiło mnie niemiłosiernie i planowo mieliśmy go spędzić albo w górach albo na wsi. Jednak niezbyt ciekawa prognoza pogody sprawiła, że nie wyściubiliśmy nosa spoza mieszkania. Generalnie, w góry wybieramy się już od półtora miesiąca, ale co akurat mamy wolne, to pogoda jest do chrzanu… ;) Za to w ostatni weekend, który trwał dla mnie aż do wtorku, udało mi się zaszaleć i odhaczyć wyjazd zarówno na wieś (relacja niebawem) jak i nad morze właśnie.
Jak szaleć, to szaleć… Trzeba było znaleźć tylko kompana! Choć większość najbliższych uznało mnie za nienormalną i kazano puknąć mi się w czółko, ukochana ciocia stanęła na wysokości zadania i postanowiła zabrać się ze mną. Wyjechałyśmy w niedzielę po 21 cudownym TLK z Krakowa, by w Gdańsku zameldować się przed 7. Pogoda z rana nie nastrajała nas optymistycznie – kropiło i było szaro, tak więc do 9. posiedziałyśmy sobie w maczku popijając pyszną kawusię. Potem zamówiłyśmy ubera i ruszyłyśmy na podbój plaży w gdańskim Brzeźnie. Było cudownie, pusto, spokojnie… Rozłożyłyśmy klamoty i korzystałyśmy z przedzierającego się spomiędzy chmur słoneczka. W moim przypadku nie mogło też oczywiście zabraknąć kąpieli w morzu, która jednak ze względu na nadchodzące czarne chmury nie trwała zbyt długo, ale była zdecydowanie cudowna i orzeźwiająca!


 
Pogoda psikusy robiła nam tego dnia jeszcze kilkakrotnie strasząc ciemnymi chmurami, które na szczęście jak szybko się pojawiały – tak szybko znikały. Generalnie po południu pięknie się rozpogodziło i stan ten utrzymywał się już niemal do końca dnia. Nie spadła też ani kropla deszczu.
W trakcie naszego jakże długiego pobytu nie nastawiałyśmy się na nic innego, jak tylko podziwianie morza, plażowanie, odpoczynek, zbieranie muszelek, moczenie stóp i spacer plażą nad sopockie molo – wszystko to udało nam się zrealizować. Nie obyło się także bez podziwiania zachodu słońca.;) Ja oczywiście, mimo stosowania kremów w filtrem (30!) i natychmiastowym okryciem się ręcznikiem, gdy tylko poczułam lekkie pieczenie – musiałam zjarać się jak kurczak z rożna. Na szczęście padło tylko na nogi od kolan w dół… Ale o tym trochę później. Wspomnę jeszcze, że koło molo w Brzeźnie jest fajna restauracja – Gruba Ryba – mają pyszne drinki, winko, łososia i frytki, polecam serdecznie!
To, co chcę jeszcze napisać, zanim zanudzę Was na śmierć, to… w Gdańsku woda była obłędnie czyściutka, natomiast Sopot to dla mnie syf, kiła i mogiła. Brzydziłam się nawet moczyć stopy w tej wodzie :( Na szczęście nadrabiał pięknymi, piaszczystymi plażami, także do plażowania – spoko, do pływania – never.

Z ciocią zrobiłyśmy sobie spacerek w tę i z powrotem - łącznie ok. 12 km. Było pięknie, nastrojowo, sielsko. Niemal puste plaże (poza okolicami sopockiego molo), błękitne niebo i kojący szum fal działał na nas niebywale odprężająco i mimo, że nad morzem spędziłyśmy tylko jeden szalony dzień, dał on ukojenie moim skołatanym myślom, napełnił mnie optymizmem i wzbogacił o piękne wspomnienia.



Jedynie powrót (23:43 z Gdańska, w Krakowie byliśmy ok. 8;20) był niezbyt ciekawy ze względu na przepełniony przedział i niezbyt fajnych państwa, którzy nie pozwalali otwierać okna. Tzn. pozwolili, może z trzy razy na całą minutę, gdy pociąg STAŁ. Wiecie, w myśl zasady – kto ma pilota, ten ma władzę – rodzinka siedziała pod oknami i się rządziła. Duchota, gorąc i osiem spoconych ciał + moje poparzone nogi stworzyły niesamowite kombo, przez które większość drogi przestałam przy kiblu, w którym było otwarte okno i przyjemnie wiało – z penthanolem na nogach. W przedziale spędziłam może łącznie może z dwie godziny i zdrzemnęłam się dwa razy – zaraz po wejściu (otworzyli okno na chwilę) i w Warszawie (też otworzyli okno na chwilę), jednak ten gorąc nie do wytrzymania sprawił, że na poparzonych nogach zaczęły pojawiać mi się ranki… Nie polecam.:(
Ale mimo niezbyt pozytywnego zakończenia cały wypad uważam za udany. Było bardzo przyjemnie, wesoło, naładowałam baterie i przestało mnie aż tak nosić ;) Ochrzciłam też oficjalnie swój nowy obiektyw, poćwiczyłam proste kadry (bez lecącego horyzontu) – co prawda na stałe nadusił mi się przycisk wyboru punktu ostrości i moje kochane, canonowskie dziecko czeka serwis – ale ze zdjęć jestem bardzo zadowolona. I już powoli planuję kolejny szalony wypad.;) Polecam każdemu taki jednodniowy reset.