sobota, 26 maja 2018

#54. WODA RÓŻANA OD MAKE ME BIO - MÓJ HIT.




Hola :)
Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat – opiszę Wam pokrótce moją ukochaną wodę różaną od Make Me Bio, która już kawał czasu temu zastąpiła mi tonik z liści manuka z Ziajki.

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wielu innych wód różanych czy toników ta od Make Me Bio w składzie ma tylko i wyłącznie hydrolat z róży damasceńskiej. Co jest dla mnie równie ważne – jej zapach nie jest nachalny ani przesłodzony, jak to bywało np. z masełkiem do ciała od Barwy Harmonii. Oczywiście, swoją pierwszą wodę zakupiłam na promocji w Drogerii Pigment i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Do tej pory zużyłam ich… no na pewno ponad 15 buteleczek. No cóż, na pewno jej nie żałuję… ;) Buteleczka 100 ml to koszt ok. 16 PLN, ja zazwyczaj kupuję w Pigmencie na promocji za niecałe 10.


Woda nie podrażnia, działa kojąco i tonizująco a ponadto nawilża. Zawsze mam pewne obawy przed zmianą kosmetyków pielęgnujących do twarzy ze względu na swoje przeszłe problemy z suchością – tu okazały się one zupełnie bezzasadne. Używam jej zamiast toniku a także jako dodatku do maseczki z glinki. Uwielbiam ją także w upalne dni – spryskuję wtedy buzię i zaraz jej ona odświeżona.

Jeśli chodzi o samo stosowanie – dzięki buteleczce z pompką możemy pryskać ją bezpośrednio na twarz lub na wacik. Podobno idealnie sprawdza się jeszcze do włosów, ale pod tym względem jeszcze jej nie testowałam. Jeśli zaś chodzi o zamiennik toniku – spisuje się wyśmienicie, dlatego szczerze polecam.


środa, 23 maja 2018

#53. DRAGON'S HEART - OBŁĘDNY ROZŚWIETLACZ OD MAKEUP REVOLUTION.



Hola :)
Dzisiaj słów kilka o moim najnowszym (choć nie takim nowym) nabytku z szafy Makeup Revolution – rozświetlaczu do twarzy Dragon’s Heart z serii I heart makeup. Jest to już trzeci wypiekany rozświetlacz w charakterystycznym serduszku jaki posiadam w swojej kolekcji. No cóż, co tu dużo pisać – uważałam ten typ kosmetyku za zbyteczny, póki pierwsze serduszka nie trafiły w moje łapki. Teraz nie wyobrażam sobie bez nich makijażu.


Jak jego poprzednicy, Dragon’s Heart mieści się w uroczym serduszku i składa się z pięciu różnych odcieni w tonacji brązowej, czerwonej i złotej – prawdziwy ogień. Idealnie nada się dla Pań, które kochają ciepłe odcienie. Tworzy ładną taflę. Możemy go używać całościowo, co da nam śliczny, różowozłoty odcień lub za pomocą precyzyjnego pędzla nabierać pojedyncze kolory – każdy z nich da nam inny efekt.


Rozświetlacz Dragon’s Heart utrzymuje się na skórze przez cały dzień. Bardzo ładnie się nakłada i nie pyli, ślicznie rozświetla. Jego intensywność zależy od tego, ile go nałożymy. Jest niesamowicie wydajny – tak naprawdę kupiłam go chwilę po opublikowaniu posta o dwóch pozostałych rozświetlaczach, używam niemal codziennie (lub zamiennie z wersją jednorożcową) i… w ogóle nie widać, aby znikał.
Szczerze powiedziawszy, Dragon’s Heart to obecnie mój numer jeden, jeśli chodzi o rozświetlacze. Piękne opakowanie, bajeczne kolory, dobra pigmentacja… Dla osoby, która głównie maluje się dla siebie i na co dzień – jest to strzał w dziesiątkę. Szczerze polecam :)



czwartek, 17 maja 2018

#52. NAJPIĘKNIEJSZE PALETY CIENI DO OCZU - NABLA - DREAMY I SOUL BLOOMING.



Hola! :)
Dziś zapraszam Was na recenzję paletek, które narobiły niezłego zamieszania. Jedna z nich była bardzo długo ciężko dostępna w każdym sklepie kosmetycznym, a gdy tylko przychodziła dostawa – znikała w przeciągu paru minut. Niedawno, bo 3 maja, premierę miała jej młodsza siostra.
Mowa oczywiście o kultowej już paletce NablaDreamy i jej młodszej siostrze – Soul Blooming.
Muszę Wam się przyznać, że bardzo długo walczyłam z pokusą o postaranie się o Dreamy. Tłumaczyłam sobie, że przecież nie potrafię malować się tak ładnie, że to będzie kolejna paletka w mojej kolekcji, do której rzadko będę zaglądała, że tak naprawdę nie jest mi niezbędna do życia… Ale tak mnie kusiło! Paleta wyglądała po prostu zjawiskowo i miała takie niebanalne kolory… Których oczywiście brakowało w moim małym dobytku ;)


No ale… Kiedy pojawiły się informacje o premierze Soul Blooming oraz jej pierwsze zdjęcia, wiedziałam, że przepadłam. A że akurat zbliżały się moje urodziny… Dlaczego nie upiec dwóch pieczeni na jednym ogniu ;)? Wiecie, jeśli chodzi o prezenty, lubię dostawać to, co w sumie chciałabym sobie kupić, ale szkoda mi pieniędzy… Tak więc paletki Nabli wpisały się w ten schemat idealnie. Zamówiłam je obie 3 maja w Drogerii Pigment i przyszły do mnie we wtorek do pracy… Och, po raz kolejny mogę napisać – miłość od pierwszego wejrzenia :) Nawet nie wiecie jak mnie świerzbiły paluszki, żeby pomacać, ale na szczęście udało mi się wytrzymać do zrobienia zdjęć! No co tu dużo mówić… Nabla podniosła poprzeczkę bardzo wysoko.

Cena jednej paletki wynosi 159,99 PLN. Obecnie możecie je kupić online chociażby w Pigmencie czy Let’s Beauty.



Palety same w sobie prezentują się cudownie. Obie mieszczą 12 cieni w ślicznych, kartonowych opakowaniach zamykanych na magnez. Same opakowania zrobione są bardzo porządnie, mają poręczne, duże lusterko i trochę sobie ważą. Generalnie nie spodziewałam się takiej jakości oglądając filmiki czy zdjęcia – byłam w szoku, jak wzięłam je w łapki po raz pierwszy. Naprawdę dobra robota.
Obie paletki zawierają w sobie dobrze napigmentowane cienie o wykończeniu matowym, metalicznym, perłowym. Największym zarzutem skierowanym do Dreamy był brak klasycznego, beżowego koloru – w Soul Blooming już go znajdziemy.

Poniżej wrzucam dokładny opis poszczególnych kolorów skopiowany z letsbeauty.pl:


Paletka Dreamy:
IMMACULATE - metaliczna, opalizujaca biel 
ILLUSION - matowy, lekko beżowy odcień, 
VANITAS - różowo-złoty metaliczny kolor, 
DELIRIUM - perłowe połączenie fioletu z granatem! 
BYZANTINE - metaliczne żółte złoto
SISTINA - matowy odcień, połączenie różu i czerwieni! 
METAL CUPID - metaliczna czerwień, 
INCEPTION - metaliczny, lśniący fiolet, 
SENORITA - matowy odcień o koralowym kolorze, 
ROSE GOLD - różowe złoto, bardzo metaliczny odcień! 
LULLABY - zgaszony odcień matu, odcienie fioletu 
DOGMA - ciemny brąz, o matowym wykończeniu 


Paletka Soul Blooming:
HONEY DRIP - piękny, miodowy odcień posiadający złoto-miedziane refleksy! 
GEA - beżowo-morelowy odcień. Kremowy, miękki a przede wszystkim matowy kolor! 
CHAMOMILE - jasny, migdałowy, naturalny kolor. Super matowy. 
BOLERO - koralowy, matowy róż. Ciepły odcień. 
MIDDLE KARMA - matowy, ciemny brąz. 
GARDEN GATE - ten wyjątkowy odcień to połączenie fuksji i seledynu o pięknym metalicznym wykończeniu!
CLIMBING ROSE - perłowy odcień z różowo-złotymi refleksami! 
GARCON - perłowy brąz, z rudymi przebłyskami!
ANEMONE - bardzo chłodny, perłowy odcień wpadający w granatowy kolor. 
FLOWERY - zgaszony, chłodny odcień, o  matowym wykończeniu. Wpada w kolor fioletowy. 
PHILOSOPHY - kolor przypominający różowe cukierki, o pięknym perłowym blasku! 
CARAVAGGIO - ciemny, chłodny kasztan! Odcień bardzo matowy. 


Kilka kolorków jest do siebie troszkę podobnych, ale mi to nie przeszkadza – można je fajnie połączyć na oku. Moim zdaniem paletka Dreamy jest bardziej wyjściowa, kojarzy mi się z zabawą sylwestrową, natomiast Soul Blooming, poza tym, że wiosenna – bardziej na co dzień, choć tak naprawdę obiema można zmalować wiele różnych makijaży.


A co z jakością? No cóż, maluję się tymi cieniami codziennie i muszę powiedzieć – trzymają się na oku rewelacyjnie, mimo faktu, że nie używam żadnej bazy. Dobrze się nakładają i blendują. Spokojnie można dokładać kolorów. Cienie są też bardzo dobrze napigmentowane. U mnie delikatnie osypują się tylko metaliczne kolory, reszta w ogóle. Obie paletki mają po jednym kolorze, który jest problematyczny w nakładaniu – w Dreamy jest to Delirium, w Soul BloomingHoney Drip – obie najlepiej nakładać palcem. Ja z tego powodu używam ich tylko do zaakcentowania oka, np. w wewnętrznym kąciku czy na dolnej powiece. Większość przy nakładaniu na pędzel troszkę się kruszy, ale na szczęście tylko na paletce. No i jeszcze sprawa – cienie są cudownie mięciutkie, aksamitne w dotyku… Aż przyjemnie się je maca paluchem! :D Przy nich mój uwielbiany Sleek (nie mówiąc o MUR) wydaje się wręcz suchy. Ale to tylko na plus, bo dzięki temu dobrze się nakładają i, jak napisałam wyżej, nie osypują (a to zmora Sleeka…).


Generalnie staram się nie ulegać modom i nie iść za tłumem – parę razy nacięłam się na wychwalane w internetach nowości – chociażby słynną, czarną maskę PILATEN czy paletkę od Wibo – Modern. Ale tym razem te paletki naprawdę wpadły mi w oko, potem miałam szansę zmacać i sprawdzić Dreamy stacjonarnie w Pigmencie i wiedziałam, że te wszystkie ochy i achy nie są tylko na pokaz. Jeśli tylko zainteresowanym odpowiadają kolorki, to naprawdę warte są swojej ceny. Pigmentacja, konsystencja, praca z nimi to przyjemność, dlatego zdecydowanie nie żałuję zakupu. Polecam z całego serducha :)

PS: Teraz już na pewno pójdę na kurs profesjonalnego makijażu.;)

poniedziałek, 14 maja 2018

#51. DOLINA PIĘCIU STAWÓW PO RAZ PIERWSZY - UMIERAJĄC NA SZLAKU... ;)


Hola :)
Dziś przychodzę do Was z moją pierwszą samodzielnie zaplanowaną, zeszłoroczną wyprawą w góry – 20 lipca 2017 do Doliny Pięciu Stawów.
I od razu na wstępie zaznaczę, że jeszcze nigdy nie dostałam po dupie tak, jak wtedy.
Generalnie Dolina Pięciu Stawów marzyła mi się już od kilku lat. Gdzieś w internecie natknęłam się na relacje z tej trasy, urzekły mnie zdjęcia i pełne zachwytu opisy. Naczytałam się, że trasa jest przyjemnie prosta, przyjemna i obfituje w boskie przeżycia wizualne. Byłam tak zaaferowana, że mało brakowało, a wybrałabym się tam pół roku wcześniej – w zimie! O, ja głupia… Wyprawa do Doliny Pięciu Stawów zweryfikowała moją wiedzę, mój zapał i przede wszystkim – mój dystans i respekt do gór.
Zaczęło się niewinnie – od ponad godzinnego krążenia w okolicy parkingów i szukania wolnego miejsca do zaparkowania, co bardzo opóźniło całą wyprawę. Potem podróż asfaltem ponad 3 km żeby dojść do Palenicy… Bilety kupiliśmy ok. 11.
Abstrahując… Kolejka do przejazdu końmi była gigantyczna… Byliśmy w szoku, że komuś chce się tyle czekać, skoro przez ten czas przejdzie przynajmniej połowę trasy do Morskiego Oka… I te wozy, pełne dorosłych ludzi… Po 6-8 osób po jednej stronie… Dodając do tego niemiłosierny upał… Wstyd. Po prostu wstyd.
Wracając do tematu… Jak możecie zobaczyć na mapce – odbijaliśmy z czerwonego szlaku przy Wodogrzmotach Mickiewicza, szliśmy zielonym szlakiem aż do Wielkiego Stawu zahaczając o Siklawe, następnie kawałek niebieskim z odpoczynkiem w Schronisku (ogórkowa i szarlotka były pyszne, ciocia narzekała na pomidorową, panom smakowało mięcho) i z powrotem: skrót czarnym szlakiem i dołączenie do zielonego a na końcu – czerwonego. Trzeba dodać do tego ok. 3 km w jedną stronę po asfalcie, bo tak daleko musieliśmy zaparkować.

Trasa: Palenica Białczańska – Palenica Białczańska | mapa-turystyczna.pl
Sprawdzając wcześniej mapki, śmiałam się sama do siebie. Byłam takim ignorantem. Bo co to dla mnie ok. 15 km i 800 m przewyższeń. 800 metrów?! To ma być wyzwanie? Bitch, please
No cóż. Umierałam już po podejściu na zielony szlak. Umierałam straszliwie. To był też moment zwątpienia całej ekipy – bo skoro samo podejście (strome, kamienne schody zabójcze dla moich kolan) tak nami (phi, mną!) pomiata, to co będzie dalej? Panowie próbowali mnie namówić na rezygnację z marzeń, ale ja się zaparłam.
DOTRĘ I KONIEC.
































Świstowa Czuba po raz pierwszy… Wtedy zastanawialiśmy się, kaj Ci ludzie idą? Dziś już wiem, że to trasa z Piątki do MOK’a.




TOPR w akcji tuż nad naszymi głowami. Ci dwaj panowie na zdjęciu to P. i squ.

Bajeczna Siklawa. 


No i dotarłam. Co prawda umierałam jeszcze miliard razy, jęczałam, dyszałam, stękałam, chlałam wodę jak na ostrym kacu, przeklinałam się w myślach co dwie minuty. Ale wytrwale, bądź koszmarnie mozolnie, tarmosiłam się w górę. Przy Siklawie mieliśmy prawdziwy kryzys – po prawej urwisko do wody, nad nami śmigłowiec ratujący obcą dziewczynę, wiatr jak sto pięćdziesiąt, ja i 40-kilogramowa ciocia skulona za kamieniem, bo miotało nią koszmarnie. Panowie byli wyżej, tuż pod śmigłowcem, nie mieli jak do nas zejść i asekurować leciutką ciocię. To chyba był jedyny moment, kiedy cieszyłam się ze swojej wagi w trakcie tej wyprawy… Potem jeszcze delikatna wspinaczka, z którą przestraszona ciocia bała się zmierzyć, ale udało się.
Mieliśmy dość (ja trasy, a panowie mnie). Naprawdę.
Ale… zaraz naszym oczom ukazał się Wielki Staw. Przerażenie, żal, zmęczenie – zniknęło. To było tak piękne… Co prawda nie mieliśmy zbyt wiele czasu by nacieszyć swe oczęta – przez moje zdychanie w jedną stronę szliśmy ponad 5 godzin. Dramat. Ale… Stojąc tam… Patrząc na to… Byłam najszczęśliwsza na świecie. I – dumna…
Bo mimo wszystko – udało się… Dotarłam…!!!!!
Godzina i słońce sunące po niebie bezczelnie nas poganiały – było po 17, a tu trzeba jeszcze wrócić… Zjedliśmy, naładowaliśmy baterie i z wielkim jęknięciem (moim) ruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem czarnym szlakiem na początek. Tutaj warto wspomnieć, że jak ciocia przykleiła się do P., tak przez cały czarny szlak nie puściła go ani na minutę. Dość miała przygód nad przepaściami. Ja za to schodziłam. Powoli. Ale już w miarę równym tempem. Miałam ban na zdjęcia, ale trochę udało mi się jeszcze popstrykać. Czas nas gonił, chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem. Byliśmy padnięci – upalna pogoda dawała się we znaki cały dzień, moje wleczenie się (panowie mieli dużo lepszą kondycję) też. Bolały stopy. Kolana. Opalone ramiona. Plecy od plecaka, szyja od aparatu. Ale nic nie było tak straszne w powrocie (poza łączeniem zielonego i czerwonego szlaku – te schody są koszmarne!!!) jak wałowanie potem czerwonym szlakiem po asfalcie a potem jeszcze te parę km do samochodu… Ja nie wiem jak udało mi się do niego dotrzeć… Ta nadzieja, która malowała się na mojej twarzy jak tylko zauważałam jakiekolwiek samochody zaparkowane na poboczu, to rozczarowanie i niemal płacz z wycieńczenia. Oto, co się dzieje, jak ignorujesz góry, wierzysz ślepo w śliczne zdjęcia, nie myślisz samodzielnie i nie masz odniesienia… Drogi powrotnej do Krakowa nie pamiętam. Jak wsiadłam do samochodu, tak usnęłam i obudziłam się pod blokiem.




















A chodzić nie mogłam przez ponad tydzień.
Kolana mi popuchły.
Paweł powiedział, że nigdy więcej nie jedzie ze mną w góry :P
A squ tym bardziej.;D
Ja też zrezygnowałam z wypraw na pół roku. No ale to jest jak narkotyk – jak się już zacznie, to nie można przestać… W tym roku czeka mnie jeszcze kilka wypraw, w tym dwie naprawdę spore, gdy będziemy nocować w Zakopanem. A na przyszły rok wytyczyłam sobie piękną trasę. Tylko tym razem mam zamiar ważyć przynajmniej kilkadziesiąt kilo mniej. I mieć lepszą kondycję.
I żebyśmy zrozumieli się dobrze – na przebytej przez nas trasie nie ma żadnych trudności, łańcuchów, klamer, wspinania się (poza małym elementem przy wodospadzie). Nie jest on generalnie ciężki, choć chociaż średniej kondycji wymaga. Dla mnie, śmierdzącego grubasa – posiada kilka cięższych podejść. Ale dla innych, których waga mieści się w normie – no cóż...
Tego gorącego, lipcowego dnia góry dały mi porządnie w dupę. Dały mi nauczkę. Ale wyciągnęłam z niej wnioski. Nauczyłam się czytać mapy, planować trasy, pytać, doszukiwać się i przestać ślepo wierzyć w każdą opinię, każde zdjęcie i paplanie na grupach tatromaniaków, jakie coś jest easy peasy, przyjemne itp. Bo ja niestety, raz, że mam problem z wagą, dwa – mam bardzo chore kolana i coś, co dla kogoś jest bułką z masłem dla mnie może być nie do pokonania.
Planując obecne trasy porównuję je do tej przebytej w lipcu zeszłego roku. Nie przeraża mnie obecnie większa liczna przewyższeń, jeśli są one na przykład na dłuższym dystansie, bądź nie tak skoncentrowane jak tam. Mierzę czyny przez zamiary. Jak wspomniałam wcześniej, na wakacje mam zaplanowane dwie poważniejsze trasy, ale z możliwością wcześniejszego zawrócenia (nawet kilkoma możliwościami skrócenia ich) w razie potrzeby. A z Doliną Pięciu Stawów mam zamiar zmierzyć się za rok. Z rozszerzoną jej wersją.
BTW., czy wiecie, że pierwotnie planowaliśmy trasę do Doliny Pięciu Stawów a potem przejść przez Świstową Czubę do Morskiego Oka? :D No, bo przecież na internecie wyglądało to na taką łatwą trasę…. ;)



Tak, dokładnie, pierwotny plan zakładał jeszcze, że właśnie TĘDY przejdziemy jeszcze do Morskiego Oka! Mwhahahaha!

Ciocia uczepiona P.:)