czwartek, 28 kwietnia 2016

#23. ORLY?! RECENZJA EDGY.


Po pół roku przychodzę do Was z recenzją ostatniego posiadanego przeze mnie lakieru z serii ORLY. Tym razem na tapecie EDGY z błyszczącymi drobinkami. Jeśli interesuje Was, jakie kolory miałam na paznokciach wcześniej, zapraszam: [klik
Kolor EDGY jest dość specyficzny i trudno mi go określić. To coś, jak wymieszanie szarości i brązu i dodanie do tego ślicznych, błyszczących drobinek. Na szczęście nie jest to typowy, brokatowy lakier, choć tak samo, jak w przypadku poprzednich, dla mnie dużo lepiej prezentował się w buteleczce. Na paznokciach jest taki… No, w każdym bądź razie kojarzy mi się dość brzydko, choć muszę przyznać, że ładnie mieni się w słońcu.


Z trwałością jest zdecydowanie lepiej niż z poprzednikami. Sama już nie wiem, czy to ja bardziej dbałam o to, aby nic nie odprysnęło, czy to faktycznie zależy też od koloru (lakiery są z jednej serii)? W każdym bądź razie EDGY wytrzymał coś około tygodnia normalnego użytkowania, również z końcami – nie było tu więc sytuacji, że już na trzeci dzień coś było nie halo. Tak więc, myślę, że trwałość można ocenić na plus.


Do pokrycia całej płytki spokojnie wystarczyły mi dwie warstwy, czyli standard.
Jeśli zaś chodzi o buteleczkę i pędzelek – podtrzymuję zdanie sprzed pół roku: produkty mini nie są dla mnie. Zdecydowanie wolę grubsze pędzelki – tutaj mamy do czynienia z naprawdę malutkim, przez co nakładanie nie było zbyt przyjemne.



Ogólnie, nie uważam, żeby to był jakiś kiepski lakier. Niestety, nie podoba mi się, że w przypadku wszystkich trzech kolor lepiej prezentował się w buteleczkach (o odcieniach czerwieni w darknes shadow nawet nie chcę wspominać). Myślę, że tak jak w przypadku ESSIE, cena tych lakierów niestety jest za wysoka w porównaniu z trwałością. Nie jestem jakoś bardzo zrażona, i chętnie, gdy tylko będę miała okazję, wypróbuję inne kolorki ORLY, jednak będę do nich podchodzić z dystansem – a przynajmniej na pewno nie tak, jak podchodziłam do tych trzech (nie mogłam się wręcz doczekać, aż je użyję).



sobota, 23 kwietnia 2016

#22. WIOSENNE KADRY


Wiosnę kocham za to, że daje nam poczucie, iż wszystko można zacząć od nowa. To czas początków, mobilizacji. Budzimy się do życia tak samo, jak otaczająca nas przyroda. Piękny spektakl, który mamy okazję obserwować patrząc na kwitnące krzewy i drzewa napawa nas optymistycznie. Wszystko jest świeże i wygląda niczym kadr wyjęty z bajki…
Dziś chciałam was zaprosić na podróż po Tropiu i Krakowie, które również dały się ponieść tej magii. Będzie kwitnąco i kolorowo.

Zapraszam serdecznie na wiosenne kadry uchwycone kobiecym okiem.
































środa, 20 kwietnia 2016

#21. STEMPELKI PO RAZ PIERWSZY


Niedawno pisałam Wam, że zrobiłam małe zakupy na aliexpress. Ponieważ rozpoczęłam swoją przygodę ze zdobieniami paznokci, w mym arsenale nie mogło zabraknąć stempelków. Dziś zapraszam Was na relacje pierwszego zdobienia z nimi w roli głównej.


Na początku muszę napisać, że przy stemplach naklejki wodne to pikuś. Nie wiem ile razy próbowałam nałożyć odpowiednią ilość lakieru na blaszkę i odbić ją na stemplu tak, by cokolwiek wyszło. Zresztą – nie tylko ja, ale i mój P. oraz mama. Na pierwszym paznokciu wyszło strasznie – ledwie dwie gwiazdki, które dodatkowo rozmazałam, przez zbyt wczesne użycie topu. Na szczęście, na drugiej ręce, mimo kilku niedociągnięć, w końcu udało odbić mi się prawie cały wzorek.
Moje pierwsze wrażenia są takie, że trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. O ile nałożenie wzorku na paznokieć nie jest czymś skomplikowanym, o tyle odbić go w ogóle na stemplu to już wyższa szkoła jazdy.


Moje rady na początek?
·         Na blaszkę nakładaj dosłownie kropelkę lakieru!
·         Stempelek przyciskaj do blaszki oraz paznokcia szybko i zdecydowanie. Trzeba użyć troszkę siły, jednak bez przesady!
·         Nie zniechęcaj się, początki naprawdę są trudne (chyba, że nie jesteś taką sierotą jak ja, haha).


W moim zestawie znalazłam jeden minus – ta blaszka do wyrównywania lakieru jest z metalową końcówką, przez co blaszki z wzorkami szybko się rysują. Podobno są jakieś z plastikowymi – będę musiała się rozejrzeć. Inna sprawa dotyczy wzorków – niestety, z ali, mimo teoretycznej możliwości wyboru dziesięciu z nich, dostałam zupełnie randomowe. W całym komplecie była jedna, maksymalnie dwie, blaszki, które wybrałam – reszta kompletnie mi się nie podoba.


Co do samego wzorku – uważam, że jest to ładne urozmaicenie paznokcia. Odrobina wprawy, uwolnione kreatywne myślenie i za pomocą tych maleństw można wyczarować naprawdę piękne zdobienia. Tak samo jak w przypadku naklejek – było to moje pierwsze, choć na pewno nie ostatnie podejście.

Do malowania użyłam: Bourjois 1 Seconde, nr 23 (chabrowy), Sinful Colors, numerki 113 (fiolet) oraz 831 (brokatowy niebieski), Yves Rocher, nr 51 (żółty).


piątek, 15 kwietnia 2016

#20. W POGONI ZA MARZENIAMI - ROK PÓŹNIEJ...


Trochę ponad rok temu opublikowałam post, w którym opisywałam swoje wielkie rozżalenie spowodowane Intel Extreme Master. A raczej tym, że na ową imprezę e-sportową się nie dostałam, mimo odczekania kilku godzin w kolejce i bycia nieopodal wejścia.


W tym roku po raz drugi postanowiłam ugryźć temat, jednak z trochę innej strony. Tym razem się udało – brałam udział w Intel Extreme Masters 2016. Jak było? Jakie są moje odczucia? Jak to się stało, że się udało? Jesteście ciekawi? Zapraszam na wpis!

  • PAULA ZAWALIŁA





Zacznijmy od historii rozluźniającej. Nawet nie wiecie, jak wielkim fartem była nasza obecność na tegorocznym IEM’ie. Od roku planowaliśmy zakup droższych biletów na rozgrywki Counter Strike. Byliśmy zdecydowani i gotowi do działania, tylko… przegapiliśmy terminy sprzedaży i zanim się zorientowaliśmy, została nam tylko opcja z noclegiem za 2000 PLN. Tak, moi drodzy, zawaliłam, zapomniałam kupić biletów. Przełykając gorycz i rozczarowanie po raz kolejny postanowiliśmy przerzucić realizację naszego marzenia na przyszły rok, aż pewnego dnia zauważyłam, że na stronie Men Health organizowany jest konkurs, w którym do wygrania były wejściówki. Wysłałam go mojemu P. z zastrzeżeniem, że ma brać udział i już. Ja miałam wziąć w nim udział w wolnej chwili, z tymże… zupełnie o sprawie zapomniałam aż do chwili, gdy mój luby otrzymał informację, iż wygrał. Nawet nie chcecie słuchać, jakie oboje mieliśmy nastroje. Zawaliłam po raz drugi, więc tym razem to P. wziął sprawy w swoje ręce i znalazł sympatycznego Pana, od którego w ostatniej chwili odkupił bilet dla mnie. Oba były wcześniejszego wstępu. Udało się! Pojechaliśmy!




  • PIERWSZE WRAŻENIA


Z naszymi biletami wpuszczali dużo wcześniej. Mimo ogromnej ilości osób nie staliśmy w kolejce nawet godziny. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że wszystko zamknęło się w trzydziestu minutach. Pełni nadziei i podekscytowania przekroczyliśmy próg Spodka. I… to było niesamowite. W środku było sporo osób, jednak spokojnie można było obejść wszystkie stanowiska, zjeść hotdoga, obejrzeć scenę (wyglądała spektakularnie!) a także… wziąć udział w turnieju Counter Strike’a Global Offensive. Zostałam wybrana do rozgrywek – i tu małe rozczarowanie – z każdego meczu brali dwie osoby z najlepszymi wynikami. Byłam druga przez prawie całą mapę (na początku prowadziłam!). Nawet nie wiecie, jakiego trzeba mieć pecha, kiedy ktoś w ostatnich 10 sekundach was wyprzedza o jedno, maksymalnie dwa zabicia, hahaha. Niestety, nie udało mi się zakwalifikować do drugiego etapu, ale możliwość zagrania na profesjonalnym sprzęcie oraz utarcia nosa kilku facetom i tak wprawiła mnie w dobry nastrój. Cały czas czułam się jak naćpana szczęściem, naprawdę. Coś cudownego. Kilkakrotnie musiałam przekonywać siebie samą, że to dzieje się naprawdę, że jestem w Spodku, że biorę udział w jednej z największych imprez e-sportowych, że obejrzę finał!




Niemal przy każdym stanowisku działo się coś ciekawego. Nam udało się kupić kilka części do mojego PC, którego powoli składaliśmy. I do tego w naprawdę konkurencyjnych  cenach – rewelacja! Zakupiliśmy też kilka pamiątek, jak wlepki z logo Virtus.Pro, wisiorek, bransoletki… By ten dzień wspominać jeszcze przez lata.
Atmosfera przez cały czas była niesamowita. Mimo, iż z każdą godziną robiło się coraz tłoczniej – nie przeszkadzało nam to.




  • MAŁE ROZCZAROWANIE


Nie mogę o tym nie wspomnieć. W trakcie trwania IEM’u, przy stanowisku Intela zorganizowane miało być spotkanie z polską drużyną. Miało ono trwać 45 minut. Wpuścili ograniczoną ilość osób – w tym i nas. Spokojnie, w te 45 minut każdy mógł dostać autograf i zrobić sobie zdjęcie z Virtusami, gdyby nie fakt, że nasi reprezentanci zerwali się po niespełna 30 minutach. Trochę przykre, no ale cóż, najwidoczniej nie można mieć wszystkiego. Zwiedziliśmy stanowiska, kupiliśmy co chcieliśmy, a ponieważ zostały niecałe dwie godziny do finału, postanowiliśmy udać się na scenę.



  • FINAŁ


Akurat rozgrywał się finał Starcrafta, którego ni chuchu nie rozumiem. Trochę się nagimnastykowaliśmy, ponieważ ciężko było znaleźć jakieś miejsca, jednak się udało. Tłumy były niesamowite. I to uczucie oczekiwania na mecz fnatic vs LG. Jednak nic nie pobije samego finału. Już pomijam efekty specjalne, które były naprawdę spektakularne, i świetną grę LG w pierwszej połowie meczu. To, co się działo na trybunach… No nie da się tego opisać. W życiu nie widziałam czegoś takiego na ŻADNYM meczu. Wszyscy kibicowali, krzyczeli, klaskali, skandowali, radość po każdym fragu ulubionej drużyny, czy żal po przegranej rundzie. No, tego się po prostu nie da opisać. I chociaż VP się nie dostali, chociaż LG to drużyna, którą lubię, acz nie uwielbiam, i tak kibicowałam im z całych sił (przepraszam, ale nie przepadam za fnatic).


Rety, co tu dużo mówić – to była REWELACJA. Żyłam tym wydarzeniem jeszcze kupę czasu, mimo, że minął ponad miesiąc, pisząc tego posta, nadal go przeżywam, czując przyjemne mrowienie w całym ciele. Naprawdę, uważam, że każdy fan e-spotu powinien wziąć udział w czymś takim. Tfu, nie tylko fan, ale i przeciwnik – na pewno zmieniłby wtedy zdanie.



  • NA KONIEC



Była to pierwsza impreza tego typu, w której brałam udział. I na pewno nie ostatnia. Chcę to przeżyć jeszcze nie raz, nie dwa a kilka co najmniej. Mimo kilku organizacyjnych niedociągnięć, mimo postawy VP… Nic nie było w stanie zepsuć mi tego dnia, nawet fakt, że to fnatic wygrało mistrzostwa. Naprawdę, moi mili, życzę każdemu, by choć raz przeżył coś tak emocjonującego.
I pamiętajcie! NEVER. STOP. GAMING.