wtorek, 31 marca 2015

#5. COLOR EXPERT NA WIOSNĘ

Dzień dobry, witam Was serdecznie w ten jakże zawirowany pogodowo dzień. Czy tylko u mnie rano była zawierucha, przed południem padał deszcz, potem deszcz ze śniegiem by w końcu, w godzinach popołudniowych rozpoczęła się mała zamieć? „W marcu jak w garncu”, jak to mówią.
Dziś i na blogu pewne zawirowanie – po raz pierwszy mam przyjemność zaprosić Was na recenzję kosmetyku. A dokładniej, lakieru do paznokci z serii COLOR EXPERT marki Golden Rose.
Kolorek, który Wam przedstawię nosi numerek 15. Co ciekawe, dopiero pisząc tą recenzję zauważyłam, że lakiery Golden Rose nie mają nazw, tylko numerki przyporządkowane do danej serii. A szkoda, bo cenię sobie oryginalność (jak chociażby nazwy lakierów z www.colorowo.pl, które być może zrecenzuję w niedalekiej przyszłości).



Co o serii pisze producent?
„Color Expert Nail Lacquer to nowa linia lakierów do paznokci. Szeroki pędzelek oraz doskonałe krycie zapewnia łatwą aplikację. Seria zawiera aż 98 odcieni o wysokim połysku i długotrwałej formule.
Więcej informacji i wszystkie kolory: [KLIK]

Co ja mam do powiedzenia?
Sam kolor jest bardzo żywy, w zależności od światła balansuje pomiędzy różem jaskrawym a takim bardzo nasyconym. Mnie osobiście szalenie się podoba.

Jeśli chodzi o pędzelek, to faktycznie jest dość szeroki, co dla mnie osobiście jest plusem – o wiele łatwiej mi się nim operuje i równo pokrywa płytkę. Buteleczka jest bardzo ładna – trzonek od pędzelka ma kolor lakieru. Nie jest jakaś fikuśna, jednak mimo to prezentuje się bardzo ładnie.

Jeśli chodzi o krycie, mam pewne zastrzeżenia. Na zdjęciach może tego nie widać, ale mimo dwóch warstw, linia „wolnego brzegu” paznokcia (czyt. ta bielsza), nadal jest widoczna. Może nie jakoś szczególnie, ale jednak. Jeśli natomiast chodzi o połysk, nie mam zastrzeżeń, wygląda bardzo ładnie i świeżo.

Lakier nakładałam w piątek w nocy. Właściwie, to z piątku na sobotę. Mimo prania, mycia naczyń i probienia-wielu-innych-potrzebnych-rzeczy, nadal ładnie się trzyma, nie odchodzi (a został zaaplikowany na odżywce). Co prawda, przy brzegach troszkę się zdarł jednak nie jest to aż tak widoczne. Największym jego mankamentem jednak jest to, że następnego dnia zaraz po przebudzeniu zauważyłam sporo rysek– choć po malowaniu odczekałam ponad dwie godziny, zanim poszłam spać i lakier wydawał się suchy.

Podsumowując, myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić Wam tą serię – kolorów do wyboru jest masa i można prawdziwe cudeńka dzięki nim wyczarować (wystarczy poszukać w google). Może nie jest to ideał, jednak zdecydowanie mu do niego bliżej, niż dalej.

PLUSY:
·         Cudowne kolory – neutralne, pastelowe, mocno nasycone.
·         Ładny połysk.
·         Trwałość.
·         Cena.
·         Szeroki pędzelek.

MINUSY:
·           Wydaje się trochę zbyt „miękki”.
·           Krycie nie jest stuprocentowe (przebija mimo dwóch warstw).



Mam nadzieję, że jak na pierwszy raz nie było źle. Wybaczcie za niedociągnięcia w tekście, czy zdjęciach, recenzowanie kosmetyków jest mi zupełnie obce (a właściwie było), mimo, iż czytuje wiele blogów temu poświęconych.


W następnym poście postaram się pokazać Wam ciekawe, świąteczno-wiosenne inspiracje. Może w końcu uda mi się wziąć udział w uwielbianej przeze mnie akcji Arcy Joko – Celebruj Chwile. Trzymajcie kciuki!

niedziela, 22 marca 2015

#4. W POGONI ZA MARZENIAMI...


Czym są marzenia, chyba nikomu nie muszę tłumaczyć. Nie wierzę, że mógłby istnieć człowiek, który by ich nie posiadał. Na wielu rozmowach o pracę pytano mnie jakie są moje plany na przyszłość. Odpowiadałam banalnie, że chciałabym założyć rodzinę, mieć kochającego męża i zdrowe dzieci, godną pracę oraz kilka kotów. Zazwyczaj moja odpowiedź budziła zdziwienie – tak skromnie? A może jakieś podróże? Coś szalonego? Taka reakcja sprawiała, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech – bo o co w końcu mnie pytano, o plany czy marzenia?
Marzeń mam wiele, niektóre zwariowane, inne wręcz niebezpieczne. Mam też takie, na dźwięk których znajomi pukają się w czoło.
Tydzień temu, w sobotę i niedzielę miało się spełnić jedno z nich – w porównaniu z innymi mogłoby się wydawać niewielkie, choć bardzo dużo dla mnie znaczące.

zdjęcie z internetu

Intel Extreme Master, Katowice 2015.

zdjęcie z internetu: wewnątrz Spodku

Podejrzewam, że niewiele osób będzie wiedziało co to jest, więc już śpieszę z wyjaśnieniami – jest to wielka impreza odbywająca się co roku w katowickim spodku. Impreza dla „gamerów”, czyli ludzi… grających w gry. Ogólnie, dotyczy to głównie „dzieci LOL’a”, że tak to żartobliwie ujmę, lub Starcrafta, jednak od paru lat odbywa się tam również turniej Counter Strike Global Offensive, w którego gram. Tłumacząc łopatologicznie: mecze graczy 5 vs 5, drużyna terrorystów, która ma za zadanie podłożyć pakę i dopilnować by wybuchła oraz drużyna antyterrorystów, którzy muszą pilnować, by paka nie została podłożona, a jeśli już, to ją odbić i rozbroić. To tak w wielkim skrócie.

zdjęcie z mojej gry.

zdjęcie z internetu

Na IEM’ie odbywa się wielki turniej, zjeżdżają się drużyny z całego świata – najlepsi z najlepszych. Warto tu dodać iż reprezentacja Polski to niemal legendy – rok temu zajęli pierwsze miejsce, w tym poszło troszkę gorzej, jednak i tak dla wielu są oni mistrzami. Tym bardziej, że niektórzy z nich należą do reprezentacji od początków tegoż e-sportu, jeszcze zza czasów starego Counter Strike 1.5 (ja sama zaczęłam grać dopiero w 1.6, najpopularniejszą część tej gry).

zdjęcie z internetu: Virtus.Pro, wygrana w 2014.

Poza turniejami mistrzów, odbywają się mniejsze turnieje – w tym roku np. zmierzyły się ze sobą najlepsze drużyny dziewczęce, zwykli, szarzy gracze także mogą spróbować swych sił. Nie brakuje również licznych stanowisk, głównie związanych z komputerami, np. X-KOM, Intel – można kupić bardzo dobry sprzęt w niezwykle konkurencyjnych cenach.
Uogólniając – jest to impreza, na której każdy z fanów e-sportu obowiązkowo powinien się zjawić choć raz.
Ja wybierałam się twardo już rok temu, jednak w ostatniej chwili koleżanka, z którą miałam jechać zrezygnowała. W tym roku, wraz z Moim niemalże przysięgliśmy sobie, że się pojawimy. Na tą okazję P. nawet wziął wolne w poniedziałek, by móc zostać w Katowicach do końca (impreza trwa od czwartku do niedzieli). Mieliśmy także kupione bilety autobusowe na sobotę i niedzielę.
I teraz sobie wyobraźcie. Pojechaliśmy. Do kolejki dołączyliśmy po 11. Staliśmy ponad trzy godziny – udało nam się nawet dostać na plac przed Spodkiem!
I teraz najlepsze – byliśmy blisko barierek – ostatniej przeszkody stojącej pomiędzy nami a Spodkiem. Barierki otworzyły się i…

widzicie koniec kolejki? nie? wyobraźcie sobie, że to tam staliśmy na początku - hen, hen, za mostem.

…całe bydło zza nas, jak na komendę rzuciło się do przodu a panowie pilnujący porządku i wywalający na koniec każdego, kto się pchał nagle zniknęli. Czekaliśmy naiwnie na ich powrót, przez co wylądowaliśmy na szarym końcu. Co więcej – wpuszczono kilka osób i pojawił się komunikat: „Spodek pełen. Więcej nie wpuszczamy”. Staliśmy w wielkiej masie ludzi, popychani to do przodu to do tyłu i nie wiedzieliśmy co robić. Jeszcze przed chwilą Spodek i spełnienie naszych marzeń były w zasięgu ręki, a teraz…

plac przed Spodkiem i swoisty "wężyk".

Ogólnie w kolejce czekaliśmy ponad cztery godziny. Gdy mieliśmy pewność, że przed półfinałem CS’a nie uda nam się wbić (a grali Polacy – Virtus.pro vs Fnatic o wejście do finału) czym prędzej pognaliśmy na dworzec autobusowy i wróciliśmy do Krakowa, gdzie obejrzeliśmy mecze przed komputerami.

zdjęcie z internetu: godzina 7. "wężyk" na placu przed Spodkiem.

Musicie mi uwierzyć – po tym wydarzeniu, na samą myśl o tym, jak blisko byłam i jak to się skończyło czułam złość przemieszaną ze smutkiem. Nie przesadzę, kiedy napiszę, że chciało mi się płakać. Oliwy do ognia dolał fakt, iż ukochany polski team przegrał z drużyną, której zachowanie budziło wielki niesmak.
Tak sam zresztą, jak zachowanie osób, które przyjechały „na ostatnią chwilę” i nie uszanowały faktu, że niektórzy czekali naprawdę długo, żeby dostać się na IEM i tak chamsko wepchnęli się w kolejkę… Po prostu – „prawo dżungli”.
Piszę o tym dopiero teraz, bo myśl o tym wciąż wzbudzała we mnie zbyt wiele negatywnych emocji. Wolałam to najpierw przecierpieć, choć dalej jest mi smutno, że moje marzenie będzie musiało czekać kolejny rok. Jednak następnym razem, nauczeni doświadczeniem, nie pojawimy się pod Spodkiem bez biletów – i to nie tych, wcześniejszego wstępu (wchodziło się bez kolejki, lecz ostatnia tura poszła w niecałą minutę, ludzie kupowali po kilkadziesiąt sztuk, 50 zł/szt i sprzedawali nawet po 250), lecz VIP’owskich.

Czy Wam też kiedyś zdarzyło się być tak blisko zrealizowania marzenia, jednak z powodów niezależnych od Was się nie udało?
Mam nadzieję, że nie.
Trzymajcie kciuki, że za rok się uda!
Pozdrawiam Was cieplutko, Paula.


PS: Mam nadzieję, że odświeżony wygląd bloga przypadnie Wam do gustu.

niedziela, 8 marca 2015

#3. JAK OSZUKIWAĆ LUDZI?

Cześć i czołem!
Z tej strony Paula – Leniwa Buła.
Bez zbędnego pierdolamento i usprawiedliwień przejdę do rzeczy – a mianowicie, dziś pokażę Wam, jak oszukiwać ludzi.
Brzmi kontrowersyjnie?
Zatem – zapraszam do czytania!



W czerwcu skończyłam studia – pięknie się obroniłam i na początku lipca wyjechałam do Ukochanego do Łodzi. Złapałam tam pracę w telefonicznym biurze obsługi klienta w PGE Obrót S.A., dzięki czemu dowiedziałam się wielu przydatnych rzeczy – jak liczyć zużycie prądu, za co dokładnie płacę (bo nie tylko za zużyte kWh) i jak powinnam czytać faktury.
Teraz jestem w Krakowie i szukam pracy. Niedawno, po zaaplikowaniu CV na jedną z ofert dostępnych na stronie infopraca.pl skontaktowała się ze mną pani, w celu zaproszenia na rozmowę. Pracodawca był określony jako „klient portalu” a nazwy firmy nie udało mi się zapamiętać, oferta dotyczyła pracy biurowej.
Rozmowa była przyjemna, choć przeprowadzona głównie w języku angielskim. Dowiedziałam się z niej tylko, że poszukują ludzi, którzy zostaną menadżerami (oczywiście począwszy od najniższych szczebli kariery), że firma zajmuje się marketingiem, ma wielu klientów, siedziby w USA, Kanadzie, Afryce, Europie, od kiedy jest w Polsce itp., lecz gdy wychodziłam, nadal nie wiedziałam, czym dokładnie miałabym się zająć. Pani jednak uspokoiła mnie, że jeśli ten etap przejdę, wszystkiego dowiem się w poniedziałek, na konkretniejszej rozmowie połączonej z dniem próbnym.
W poniedziałek ponownie pojawiłam się w siedzibie firmy. Już tutaj muszę napomknąć, że wszyscy jej pracownicy byli… przesadnie mili. Przesadnie optymistyczni, to aż kuło w oczy („Będziesz z nami pracować?! Ale super! Piąteczka!”). Dodam również, iż wszyscy byli odstrzeleni jak choinka na święta – eleganckie kostiumy, garnitury, krawaty. Nie powiem – robiło to wrażenie.
Po słowach pani menadżer: „Dziś jest twój szczęśliwy dzień! Powodzenia!” zostałam przedstawiona młodej dziewczynie, która miała wprowadzić mnie w temat.
Nieziemsko zdziwił mnie fakt, że wraz z nią wyszłyśmy z firmy i udałyśmy się do tramwaju. Po drodze dziewczyna zaczęła przeprowadzać ze mną rozmowę oraz pytać o wszelakie rzeczy związane ze mną i moim życiem. Po chwili do nas chłopak, którego był to drugi dzień próbny, pojechaliśmy do Nowej Huty i… zaczęliśmy chodzić po mieszkaniach w celu namówienia lokatorów do podpisania umowy na nowego sprzedawcę energii elektrycznej.
Wspominałam, że przez trzy miesiące pracowałam w PGE?
Od razu wiedziałam na czym ta praca polega – przez okres mojej pracy w energetyce przynajmniej kilka razy dziennie miałam telefony od zrozpaczonych ludzi, którzy nieopacznie podpisali umowę z innym sprzedawcą, co wiązało się z wszelakimi komplikacjami – np. dostawali dwie osobne faktury (bo energia elektryczna dzieli się na obrót, czyli sprzedaż, oraz na dystrybucję – czyli wszelaki sprzęt, kable – w skrócie: dostarczanie prądu – dystrybucja zawsze jest lokalna, załączam mapkę, obrót natomiast to wolny wybór klienta, choć teoretycznie zawsze najlepsze warunki są, gdy obrót i dystrybucja są z jednej firmy. Osoby, które obrót mają gdzie indziej, to tzw. „klienci chaszowi” – wierzcie mi, po tym, co widziałam w PGE nigdy nie wpakowałabym się w takie bajoro.

Warto również zaznaczyć, jak idzie wywnioskować po mapce, mamy w Polsce kilku głównych dystrybutorów energii, jednak istnieje sporo mniejszych firm, które „zajmują się dostarczaniem energii od taurona/eneri/energii/RWE/PGE”, jak to ładnie się określają. De facto, nie jest to kłamstwo, ale sugeruje, że jest to ktoś wysłany z wyżej wymienionych firm, prawda?
Wracając do meritum – z takiej firmy pochodziła moja nowa koleżanka. Jej celem było namówienie jak największej ilości osób do podpisania umowy z nowym sprzedawcom. Za każdą nową umowę pracownik dostawał od 30 do 55% jej wartości.
Jakich chwytów używała firma, w której mogłam pracować?
1). Powoływała się na wysyłany w zeszłym roku dokument, dotyczący „destabilizacji rynku” (jak to fachowo brzmi!), czyli możliwości wyboru sprzedawcy.
2). Pytała, czy klient odesłał dokument z gwarancją niezmienności cen. W 99% odpowiedź brzmiała „nie” i tu następowało: „I właśnie dlatego do pana przyszłam! Żeby wyjaśnić jak to działa!”. Sam fakt, że o tym wiedziała, wzbudzał zaufanie. Była przy tym tak sympatyczna („Jaki śliczny piesek!”, „To pana medale? Walczył pan?”, „O rety, jak ładnie pachnie!”), że zaraz czuło się do niej sympatię.
3). Jak wspomniałam wcześniej, w rozmowie absolutnie nie padło stwierdzenie, iż przychodzi z konkurencji, tylko z firmy, która zajmuje się doprowadzaniem firmy do Taurona.
4). W celu dokładniejszego wyjaśnienia prosiła o fakturę, co było dość istotnym elementem – dzięki niej mogła dowiedzieć się wszystkich niezbędnych danych o kliencie, o taryfie, zużyciu, danych osobowych, cenach za kWh.
5). Porównywała ceny z faktury do cen ze swojej firmy – de facto miało być o kilka groszy taniej, jednakowoż…
·         Gdy pracowałam w PGE zrozumiałam, że takie osoby często podają cenę netto, do której należy doliczyć podatek.
·         Cena za 1 kWh to nie tylko opłaty z obrotu, lecz również te z dystrybucji, czyli de facto nie zdziwiłabym się, gdyby w rzeczywistości wyszło drożej – w żadnym znanym mi przypadku z Łodzi klient nie wyszedł lepiej na podpisaniu takiej umowy – może na początku było taniej, ale gdy przyszła faktura rozliczeniowa… Płacz. Dodam również, że próbowałam porównać ceny za sprzedaż z Taurona i firmy, której przedstawicielką była ta pani, jednak na ich stronie w celu określenia kwoty trzeba wypełnić odpowiedni formularz. Co ciekawe jednak, w formularzu tym podaje się swoje dane osobowe, adres a nawet PESEL, brakuje w nim natomiast tak istotnych informacji jak: zużycie roczne, dzienne, taryfa – czyli rzeczy niezbędnych do obliczenia ewentualnych kosztów.
6). Musicie wiedzieć, że każda osoba, która podpisała jakąkolwiek umowę poza siedzibą firmy, ma prawo do odstąpienia od niej w przeciągu dziesięciu dni – bez podania przyczyny. Jak myślicie, ile razy wspomniała o tym moja opiekunka?
7). Gdy wyjaśniała jak będzie przebiegać zmiana, używała swoistej manipulacji – tłumaczyła, że przyjdzie pan odczytać liczniki, oczywiście ten, co zawsze, którego się zna (bo przecież liczniki to własność dystrybucji), że od tej pory będą dostawali szczegółowo rozpisane faktury (bo przecież inaczej się nie da, gdy wszystko zaczyna liczyć się osobno, a nie razem) itd.
Chłopak, który chodził z nami stwierdził, że szybko rezygnuje – gdy słyszała „Nie jestem zainteresowany” dziękowała i odchodziła, to trzeba przyznać. Podobno osoba, z którą w piątek chodził mój współtowarzysz nie dawała się tak łatwo zbyć, o zgrozo.
Musicie wiedzieć, że gdy dziewczyna dowiedziała się, że pracowałam w energetyce i wiem na czym to polega zrzedła jej mina, na chwilę straciła rezon, jednak zaraz się opamiętała i skwitowała to krótkim: „Przecież my nie robimy nic złego”. No cóż, prawdę powiedziwszy nie mogę zarzucić im kłamstwa. Ona po prostu tak ubierała w słowa te „nie-kłamstewka”, że zwykły, szary człowiek odbierał je zupełnie inaczej niż osoba zorientowana w temacie. Ba, jestem niemal pewna, że gdyby konsultanci kłamali, to klienci interpretowaliby ich słowa w ten sam sposób.
Pogmatwane? Trochę. Ciężko opisać mi to zwięźle i na temat, zwłaszcza, że podejrzewam iż mało kto będzie zorientowany w temacie.
A konsultanci? Mają szkolenia, jak podchodzić klienta, jak wzbudzić jego sympatię i zaufanie – zrobią ci sieczkę z mózgu – dowodem jest na to sam fakt, że choć wiedziałam, iż ta dziewczyna to oszust, to nie byłam w stanie jej nie polubić. Smutne było natomiast to, że chodzący z nami chłopak był święcie przekonany, że dzięki niemu klienci zaoszczędzą. Mieliśmy z dwie minuty, żeby porozmawiać sam na sam i dowiedziałam się, że pracę tą znalazł w podobny sposób co ja, tylko w jego przypadku firma ta podawała się za jakąś inną i również szukali na ściśle określone stanowiska pracy. Oszukują więc nie tylko swoich klientów, lecz również potencjalnych pracowników.
Z ciekawości zostałam na cały dzień próbny, po mieszkaniach chodziliśmy do dziewiętnastej. Żebyście wiedzieli, jaki ci ludzie mają system – wszystko idealnie dopracowane, godziny, obszary, sposoby obchodzenia poszczególnych bloków… Istna mafia. Poznając tą maszynę od środka rósł mój niesmak, mimo, że przez cały ten czas, poza krótką chwilą, gdy dziewczyna zrozumiała, że wiem, co robią, było obrzydliwie sympatycznie. Wystarczyło, żeby chłopak przeszedł pierwszy etap rozmowy w stosunku do klienta (przedstawienie siebie i nazwy firmy) a już gratulacji nie było końca… Wiecie jak to skwituję?
Sieczka z mózgu.
Pod koniec dnia, na pytanie, czy wracam do biura na ostatni etap rekrutacji odpowiedziałam, iż rezygnuje, bo kłóci się to z moją filozofią życiową. Gdy pomyślałam, że będę musiała namawiać starsze panie, na przykład takie, jak moja Babunia najukochańsza, na oszukańcze umowy, przez które najprawdopodobniej  będą musiały więcej płacić (zerwać taką umowę w trakcie jest ciężko, ale nie będę się rozpisywać), włos jeżył mi się na głowie. Po prostu – nie byłam w stanie.
Apeluję do wszystkich – nie dajcie się nabierać na takie pierdolamento, choćby nie wiem,  jak pięknie brzmiało! W dzisiejszych czasach łatwo sprawdzić wiarygodność firm – wystarczy wrzucić hasło do przeglądarki – o firmie, w której mogłam pracować stron jest multum, naprawdę. Odrobina ostrożności i naprawdę można zaoszczędzić wielu nerwów.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was na śmierć.
Pozdrawiam serdecznie,

Leniwa Buła aka. Paula.

PS: Miałam przygotowany post o Walentynkach, ale... No właśnie.