niedziela, 8 marca 2015

#3. JAK OSZUKIWAĆ LUDZI?

Cześć i czołem!
Z tej strony Paula – Leniwa Buła.
Bez zbędnego pierdolamento i usprawiedliwień przejdę do rzeczy – a mianowicie, dziś pokażę Wam, jak oszukiwać ludzi.
Brzmi kontrowersyjnie?
Zatem – zapraszam do czytania!



W czerwcu skończyłam studia – pięknie się obroniłam i na początku lipca wyjechałam do Ukochanego do Łodzi. Złapałam tam pracę w telefonicznym biurze obsługi klienta w PGE Obrót S.A., dzięki czemu dowiedziałam się wielu przydatnych rzeczy – jak liczyć zużycie prądu, za co dokładnie płacę (bo nie tylko za zużyte kWh) i jak powinnam czytać faktury.
Teraz jestem w Krakowie i szukam pracy. Niedawno, po zaaplikowaniu CV na jedną z ofert dostępnych na stronie infopraca.pl skontaktowała się ze mną pani, w celu zaproszenia na rozmowę. Pracodawca był określony jako „klient portalu” a nazwy firmy nie udało mi się zapamiętać, oferta dotyczyła pracy biurowej.
Rozmowa była przyjemna, choć przeprowadzona głównie w języku angielskim. Dowiedziałam się z niej tylko, że poszukują ludzi, którzy zostaną menadżerami (oczywiście począwszy od najniższych szczebli kariery), że firma zajmuje się marketingiem, ma wielu klientów, siedziby w USA, Kanadzie, Afryce, Europie, od kiedy jest w Polsce itp., lecz gdy wychodziłam, nadal nie wiedziałam, czym dokładnie miałabym się zająć. Pani jednak uspokoiła mnie, że jeśli ten etap przejdę, wszystkiego dowiem się w poniedziałek, na konkretniejszej rozmowie połączonej z dniem próbnym.
W poniedziałek ponownie pojawiłam się w siedzibie firmy. Już tutaj muszę napomknąć, że wszyscy jej pracownicy byli… przesadnie mili. Przesadnie optymistyczni, to aż kuło w oczy („Będziesz z nami pracować?! Ale super! Piąteczka!”). Dodam również, iż wszyscy byli odstrzeleni jak choinka na święta – eleganckie kostiumy, garnitury, krawaty. Nie powiem – robiło to wrażenie.
Po słowach pani menadżer: „Dziś jest twój szczęśliwy dzień! Powodzenia!” zostałam przedstawiona młodej dziewczynie, która miała wprowadzić mnie w temat.
Nieziemsko zdziwił mnie fakt, że wraz z nią wyszłyśmy z firmy i udałyśmy się do tramwaju. Po drodze dziewczyna zaczęła przeprowadzać ze mną rozmowę oraz pytać o wszelakie rzeczy związane ze mną i moim życiem. Po chwili do nas chłopak, którego był to drugi dzień próbny, pojechaliśmy do Nowej Huty i… zaczęliśmy chodzić po mieszkaniach w celu namówienia lokatorów do podpisania umowy na nowego sprzedawcę energii elektrycznej.
Wspominałam, że przez trzy miesiące pracowałam w PGE?
Od razu wiedziałam na czym ta praca polega – przez okres mojej pracy w energetyce przynajmniej kilka razy dziennie miałam telefony od zrozpaczonych ludzi, którzy nieopacznie podpisali umowę z innym sprzedawcą, co wiązało się z wszelakimi komplikacjami – np. dostawali dwie osobne faktury (bo energia elektryczna dzieli się na obrót, czyli sprzedaż, oraz na dystrybucję – czyli wszelaki sprzęt, kable – w skrócie: dostarczanie prądu – dystrybucja zawsze jest lokalna, załączam mapkę, obrót natomiast to wolny wybór klienta, choć teoretycznie zawsze najlepsze warunki są, gdy obrót i dystrybucja są z jednej firmy. Osoby, które obrót mają gdzie indziej, to tzw. „klienci chaszowi” – wierzcie mi, po tym, co widziałam w PGE nigdy nie wpakowałabym się w takie bajoro.

Warto również zaznaczyć, jak idzie wywnioskować po mapce, mamy w Polsce kilku głównych dystrybutorów energii, jednak istnieje sporo mniejszych firm, które „zajmują się dostarczaniem energii od taurona/eneri/energii/RWE/PGE”, jak to ładnie się określają. De facto, nie jest to kłamstwo, ale sugeruje, że jest to ktoś wysłany z wyżej wymienionych firm, prawda?
Wracając do meritum – z takiej firmy pochodziła moja nowa koleżanka. Jej celem było namówienie jak największej ilości osób do podpisania umowy z nowym sprzedawcom. Za każdą nową umowę pracownik dostawał od 30 do 55% jej wartości.
Jakich chwytów używała firma, w której mogłam pracować?
1). Powoływała się na wysyłany w zeszłym roku dokument, dotyczący „destabilizacji rynku” (jak to fachowo brzmi!), czyli możliwości wyboru sprzedawcy.
2). Pytała, czy klient odesłał dokument z gwarancją niezmienności cen. W 99% odpowiedź brzmiała „nie” i tu następowało: „I właśnie dlatego do pana przyszłam! Żeby wyjaśnić jak to działa!”. Sam fakt, że o tym wiedziała, wzbudzał zaufanie. Była przy tym tak sympatyczna („Jaki śliczny piesek!”, „To pana medale? Walczył pan?”, „O rety, jak ładnie pachnie!”), że zaraz czuło się do niej sympatię.
3). Jak wspomniałam wcześniej, w rozmowie absolutnie nie padło stwierdzenie, iż przychodzi z konkurencji, tylko z firmy, która zajmuje się doprowadzaniem firmy do Taurona.
4). W celu dokładniejszego wyjaśnienia prosiła o fakturę, co było dość istotnym elementem – dzięki niej mogła dowiedzieć się wszystkich niezbędnych danych o kliencie, o taryfie, zużyciu, danych osobowych, cenach za kWh.
5). Porównywała ceny z faktury do cen ze swojej firmy – de facto miało być o kilka groszy taniej, jednakowoż…
·         Gdy pracowałam w PGE zrozumiałam, że takie osoby często podają cenę netto, do której należy doliczyć podatek.
·         Cena za 1 kWh to nie tylko opłaty z obrotu, lecz również te z dystrybucji, czyli de facto nie zdziwiłabym się, gdyby w rzeczywistości wyszło drożej – w żadnym znanym mi przypadku z Łodzi klient nie wyszedł lepiej na podpisaniu takiej umowy – może na początku było taniej, ale gdy przyszła faktura rozliczeniowa… Płacz. Dodam również, że próbowałam porównać ceny za sprzedaż z Taurona i firmy, której przedstawicielką była ta pani, jednak na ich stronie w celu określenia kwoty trzeba wypełnić odpowiedni formularz. Co ciekawe jednak, w formularzu tym podaje się swoje dane osobowe, adres a nawet PESEL, brakuje w nim natomiast tak istotnych informacji jak: zużycie roczne, dzienne, taryfa – czyli rzeczy niezbędnych do obliczenia ewentualnych kosztów.
6). Musicie wiedzieć, że każda osoba, która podpisała jakąkolwiek umowę poza siedzibą firmy, ma prawo do odstąpienia od niej w przeciągu dziesięciu dni – bez podania przyczyny. Jak myślicie, ile razy wspomniała o tym moja opiekunka?
7). Gdy wyjaśniała jak będzie przebiegać zmiana, używała swoistej manipulacji – tłumaczyła, że przyjdzie pan odczytać liczniki, oczywiście ten, co zawsze, którego się zna (bo przecież liczniki to własność dystrybucji), że od tej pory będą dostawali szczegółowo rozpisane faktury (bo przecież inaczej się nie da, gdy wszystko zaczyna liczyć się osobno, a nie razem) itd.
Chłopak, który chodził z nami stwierdził, że szybko rezygnuje – gdy słyszała „Nie jestem zainteresowany” dziękowała i odchodziła, to trzeba przyznać. Podobno osoba, z którą w piątek chodził mój współtowarzysz nie dawała się tak łatwo zbyć, o zgrozo.
Musicie wiedzieć, że gdy dziewczyna dowiedziała się, że pracowałam w energetyce i wiem na czym to polega zrzedła jej mina, na chwilę straciła rezon, jednak zaraz się opamiętała i skwitowała to krótkim: „Przecież my nie robimy nic złego”. No cóż, prawdę powiedziwszy nie mogę zarzucić im kłamstwa. Ona po prostu tak ubierała w słowa te „nie-kłamstewka”, że zwykły, szary człowiek odbierał je zupełnie inaczej niż osoba zorientowana w temacie. Ba, jestem niemal pewna, że gdyby konsultanci kłamali, to klienci interpretowaliby ich słowa w ten sam sposób.
Pogmatwane? Trochę. Ciężko opisać mi to zwięźle i na temat, zwłaszcza, że podejrzewam iż mało kto będzie zorientowany w temacie.
A konsultanci? Mają szkolenia, jak podchodzić klienta, jak wzbudzić jego sympatię i zaufanie – zrobią ci sieczkę z mózgu – dowodem jest na to sam fakt, że choć wiedziałam, iż ta dziewczyna to oszust, to nie byłam w stanie jej nie polubić. Smutne było natomiast to, że chodzący z nami chłopak był święcie przekonany, że dzięki niemu klienci zaoszczędzą. Mieliśmy z dwie minuty, żeby porozmawiać sam na sam i dowiedziałam się, że pracę tą znalazł w podobny sposób co ja, tylko w jego przypadku firma ta podawała się za jakąś inną i również szukali na ściśle określone stanowiska pracy. Oszukują więc nie tylko swoich klientów, lecz również potencjalnych pracowników.
Z ciekawości zostałam na cały dzień próbny, po mieszkaniach chodziliśmy do dziewiętnastej. Żebyście wiedzieli, jaki ci ludzie mają system – wszystko idealnie dopracowane, godziny, obszary, sposoby obchodzenia poszczególnych bloków… Istna mafia. Poznając tą maszynę od środka rósł mój niesmak, mimo, że przez cały ten czas, poza krótką chwilą, gdy dziewczyna zrozumiała, że wiem, co robią, było obrzydliwie sympatycznie. Wystarczyło, żeby chłopak przeszedł pierwszy etap rozmowy w stosunku do klienta (przedstawienie siebie i nazwy firmy) a już gratulacji nie było końca… Wiecie jak to skwituję?
Sieczka z mózgu.
Pod koniec dnia, na pytanie, czy wracam do biura na ostatni etap rekrutacji odpowiedziałam, iż rezygnuje, bo kłóci się to z moją filozofią życiową. Gdy pomyślałam, że będę musiała namawiać starsze panie, na przykład takie, jak moja Babunia najukochańsza, na oszukańcze umowy, przez które najprawdopodobniej  będą musiały więcej płacić (zerwać taką umowę w trakcie jest ciężko, ale nie będę się rozpisywać), włos jeżył mi się na głowie. Po prostu – nie byłam w stanie.
Apeluję do wszystkich – nie dajcie się nabierać na takie pierdolamento, choćby nie wiem,  jak pięknie brzmiało! W dzisiejszych czasach łatwo sprawdzić wiarygodność firm – wystarczy wrzucić hasło do przeglądarki – o firmie, w której mogłam pracować stron jest multum, naprawdę. Odrobina ostrożności i naprawdę można zaoszczędzić wielu nerwów.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was na śmierć.
Pozdrawiam serdecznie,

Leniwa Buła aka. Paula.

PS: Miałam przygotowany post o Walentynkach, ale... No właśnie.

7 komentarzy:

  1. Aż z zaciekawieniem czytałam kolejne zdania. Dobrze być teraz świadomym jak Ci ludzie działają. Całe szczęście do tej pory nie miałam takich wizyt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiele razy spotkałam się już z ludźmi, którzy zostali oszukani przez takie podpisanie umowy. Według mnie to jest chore, jak można tak wykorzystywać innych?

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoja historia jest mi dosyć bliska, choć nie związana z energią, ale również z oszustwem. W ogłoszeniu było "że w ramach pracy będę dzwonić do ludzi i zapraszać ich na wydarzenia towarzyskie w Kielcach" pomyślałam, że brzmi dużo lepiej niż Call Center i może będzie okej. Po pierwszym dniu szkolenia okazało się, że będziemy zapraszać na eventy, ale na których sprzedaje się np słynne garnki za 15 tys. zł albo pościele, a w praktyce to wygląda tak że zapraszamy tylko ludzi po 60 roku życia (czyli takich którymi najłatwiej manipulować) . To polegało na tym, że się dzwoniło i mówiło, ze ktoś został wylosowany i dostaje bilety na darmowy kabaret. Kabaret rzeczywiście był, ale żeby w ogóle na niego wejśc trzeba było sam na sam przejść najpierw prezentację np właśnie garnków z przedstawicielem handlowym który robił tym dziadkom pranie mózgu. Prawdziwy koszt tych rzeczy był skrzętnie ukryty i rozłożony na raty. Dziadki często nie wiedziały że w ogóle to jest na raty, myśleli że pierwsza rata to już cały koszt. Ja bym była od dzwonienia i namawiania żeby przyszli i też na szkoleniu mieliśmy masę technik wmawiania ludziom, że będzie fajnie. Ostatniego dnia szkolenia nie wytrzymałam, moje sumienie pękło. Nie mogłabym zrobić tego nikomu, mimo że nie ja sprzedawałam garnków to i tak naganiałabym im ludzi tak?
    A najlepsze że jak ostatniego dnia szkolenia podziękowałam i jeszcze powiedziałam dlaczego to pani oburzona: ale przecież my nic złego nie robimy, każdy ma wolną wolę i swój mózg. Taaaaa....
    Także bardzo podobne sytuacje. Cieszę się, że Ty też uznałaś że to jest ZŁE.

    Co do zdjęć:
    A ja też zaokrąglam zdjęcia ręcznie w Photoscape, tylko nie muszę wycinać tła bo u mnie na białym i tak nie widać. Ale wiem, że są jakieś kody na to na pewno. Na przykład tu masz objaśnione:
    http://hafija-background.blogspot.com/2012/10/jak-dodac-efekt-zaokraglonych-rogow-w.html#.VPxjb-Gkn1g
    Zawsze możesz poszukać też w google więcej takich instrukcji może któraś będzie taka że dasz radę to zrobić. Ja w kodach się boję mieszać, ale parę razy coś dzięki takim instrukcjom dodawałam i nawet wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój kolega tam "pracował". wiesz, że te garnki to zazwyczaj najgorszy szit, kupowany w molochach na wagę, za 20zł/kg? :/
      masakra....

      Usuń
  4. Cieszę się, że zrezygnowałaś, też nie potrafiłabym tak oszukiwać ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, Paula, jak tylko przeczytałam o "rozmowie po angielsku" to przypomniał mi się przypadek mojej siostry, z tym, że ona już więcej się w tym miejscu nie pojawiła, bo kazałam jej przeczytać opinie na temat tej firmy i sama się domyślasz jakie były :) Także podziwiam cię że tam poszłaś, ale z drugiej strony musiało to być mega doświadczenie tym bardziej, że znałaś się na rzeczy. :)
    Pozderki od czytającej i czekającej na kolejne posty Jusi!

    OdpowiedzUsuń
  6. hej Paula, wreszcie nowa notka!
    kiedy doszła do momentu "rozmowa po angielsku" przypomniałam sobie o mojej siostrze, która miała identyczną sytuacje, tylko nie dotyczącą umów, a wciskania jakiegoś innego gówna. Oczywiście kazałam jej najpierw przeczytać opinie w necie i kontakt z nimi urwała w momencie :D
    Nawet sobie nie wyobrażam, jakie musiało być to dla ciebie ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że się na tym znasz - dlatego fajnie się czytało twój post. :)

    Pozderki od Jusi i mam nadzieje, że niedługo się zobaczymy!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję ślicznie za pozostawienie po sobie śladu.:)